Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leo Messi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leo Messi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 sierpnia 2021

Life After Death

Coś, czego nikt nie dopuszczał do siebie chyba nawet rok temu, kiedy Leo Messi poprzez osławiony "burofax" ogłaszał chęć odejścia z klubu, stało się faktem. Najlepszy piłkarz na świecie żegna się z Barceloną. Żegna się w sposób, którego nikt - ani my, ani pewnie sam Argentyńczyk - się nie spodziewał. Bez "pompy", bez kibiców, bez ostatniego występu w koszulce Dumy Katalonii... Bez kontraktu. Historia tego co nastąpiło w ciągu ostatnich kilku(nastu) dni wydaje się totalnie abstrakcyjna i surrealistyczna, a jednak wydarzyła się naprawdę. Trudno oswoić się z myślą, że sześciokrotnego zdobywcy Złotej Piłki nie będziemy już oglądać w barwach Barcy. Trzeci zespół Hiszpanii (sic!) traci na rzecz wicemistrza Francji (sic!!) swój symbol, gracza kojarzonego z największymi sukcesami w swojej klubowej historii i zawodnika, który bijąc wszelakie rekordy złotymi zgłoskami zapisał się na kartach encyklopedii pt. Piłka Nożna


środa, 15 maja 2019

Barcelona 18/19 - (niby) analiza, (niby) podsumowanie cz.2 i Barcelona 19/20

Mam nieodparte wrażenie, że sporo pominąłem przy podsumowaniu. Że kwestii czysto sportowych i taktycznych jest więcej do poruszenia. Bez przydługiego wstępu spróbuję od razu przejść do rzeczy.


czwartek, 9 maja 2019

Barcelona 2018/19 - (niby) podsumowanie

O ile po pierwszym sezonie można było (a nawet należało) wstrzymać się z osądami i oceną pracy Valverde, rozliczaniem go, o tyle pełne dwa sezon dostarczyły na tyle materiału poglądowego, by dokonać podsumowania jego kadencji w klubie. W porównaniu do punktowej rozpiski, którą przygotowałem rok temu, pewne kwestie uległy wykrystalizowaniu, pewne zaś mniejszej lub większej zmianie. A tym, co zmianie (niestety) nie uległo, jest kolejna kompromitująca porażka w dwumeczu Ligi Mistrzów, która notabene pchnęła (bo raczej nie natchnęła) mnie do przelania na papier (a potem na "wirtualny papier") swoich myśli, wniosków i obserwacji. Przy czym wszystkie negatywne emocje z wtorkowego wieczoru zdążyły się już ulotnić, więc tekst powstaje "na chłodno".


środa, 30 maja 2018

Barcelona 2017/18 - podsumowanie

Pierwszy sezon Ernesto Valverde za sterami Barcelony dobiegł końca. W zasadzie nie sposób jednoznacznie ustalić, czy można uznać go za udany, czy też nie. Na ogólną ocenę pracy byłego szkoleniowca Athleticu rzutuje mnóstwo czynników - tych niezależnych od niego, jak i tych, na które miał wpływ (pośrednio lub bezpośrednio). Tym samym, ostateczny werdykt determinuje punkt odniesienia, który dla każdego kibica mógł być inny. Jeśli największą wagę przykładałeś do pewnego zwycięstwa na krajowym podwórku, masz prawo czuć się ukontentowany. Jeśli zaś liczyłeś na przełamanie hegemonii Realu w Lidze Mistrzów, możesz ten sezon uznać za kompletnie nieudany. Jeśli notę wystawiasz na bazie oczekiwań przedsezonowych, kiedy klub stracił Neymara, a jego (jak się wydawało) następca natychmiast wypadł z powodu kontuzji, to prawdopodobnie ocenisz dokonania zespołu lepiej, niż gdybyś zrobił to licząc od lutego, kiedy Valverde miał komfortową sytuację kadrową, z Coutinho i powracającym do zdrowia Dembele na czele. Biorąc te wszystkie zmienne pod uwagę, postaram się wynotować najważniejsze plusy i minusy pierwszego roku pracy Valverde na Camp Nou.


wtorek, 24 października 2017

Ręce, które wyLuchą?

Po trzech owocnych latach era Luisa Enrique na stanowisko szkoleniowca Barcelony dobiegła końca. Lucho zapisał się złotymi zgłoskami na kartach klubowej historii, zdobywając tryplet w swoim pierwszym sezonie, acz dla części kibiców zostanie zapamiętany przez pryzmat ostatniego sezonu, w którym Duma Katalonii zdobyła jedynie Puchar Hiszpanii. W Lidze Mistrzów musiała uznać wyższość Juventusu, natomiast Primera Division padło łupem Realu. Co więcej, powszechnie (i wcale nie wziętym znikąd) stawianym zarzutem wobec byłego już szkoleniowca zespołu z Katalonii było „wykastrowanie” charakterystycznego, zakorzenionego tu m.in. przez Johana Cruyffa czy Pepa Guardiolę stylu gry na rzecz bardziej pragmatycznego futbolu. Dla romantycznej części Cules zatrudnienie Ernesto Valverde, Cruyffisty z krwi i kości, miało więc zwiastować powrót do pielęgnowanych tutaj wartości.


czwartek, 27 kwietnia 2017

El Clasico dla Barcelony (analiza taktyczna)

Do niedzielnego starcia to gospodarze z Madrytu przystępowali w roli faworyta. Barcelona w ostatnich ligowych potyczkach grała w kratkę. Podopieczni Luisa Enrique stracili nie tylko sporo punktów, ale i Neymara, który spotkanie z Malagą skończył z czerwoną kartką, eliminującą go z Klasyku. Do tego Duma Katalonii w dość słabym stylu pożegnała się z Ligą Mistrzów, odpadając z Juventusem bez choćby jednej zdobytej bramki. Zinedine Zidane miał więcej problemów personalnych, szczególnie w defensywie. Wykluczony był występ Pepe oraz Raphaela Varane'a. Ponadto do ostatnich chwil ważyły się losy występu Garetha Bale'a. Z drugiej strony, mimo kłopotów kadrowych, Los Blancos w lidze szli jak burza. Ostatni raz przegrali w La Liga dwa miesiące wcześniej, w zaległym spotkaniu z Valencią. Później potknęli się jedynie dwukrotnie, remisując kolejno z Las Palmas i z Atletico w derbach stolicy. Nic więc dziwnego, że więcej szans na zwycięstwo dawano Realowi.


wtorek, 6 grudnia 2016

Barcelona - Real Madryt 1:1 (analiza taktyczna)

Vicente del Bosque wypowiedział swego czasu szalenie trafne zdanie: "You watch the game, you don’t see Busquets. You watch Busquets, you see the whole game”. W pewnym uproszczeniu przebieg meczu można sprowadzić do pomocnika Barcelony, wokół którego toczyła się gra, w której on był postacią centralną (nie tylko ze względu na pozycję na boisku), punktem odniesienia.


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Co dalej z Davidem Villą?

Zainspirowany przeróżnymi źródłami, donoszącymi o rzekomym rozstaniu Davida Villi z FC Barceloną postanowiłem podzielić się moimi refleksjami na temat jego poprzedników, początków w bordowo-granatowych barwach, samego piłkarza, roli oraz przydatności w klubie, a także spróbować odpowiedzieć na pytanie: czy po tak fatalnej kontuzji, jaka przytrafiła mu się dokładnie roku temu jest w stanie odbudować się i wrócić na piłkarski szczyt. O tym wszystkim w dalszej części. 




Transfery klubu ze stolicy Katalonii w ostatnich kilku latach, a już szczególnie te w przednich formacjach zespołu, to była w moim odczucia taka swego rodzaju sinusoida. Pierwszą wielką transakcją było sprowadzenie na Camp Nou za horrendalną sumę przeszło 40 mln euro Zlatana Ibrahimovica. Dodatkowo w drugą stronę - do Mediolanu - powędrował Samuel Eto'o. I tej decyzji Guardioli oraz zarządu do tej pory nie potrafię zrozumieć. Bo Samuel był jaki był, mówił wprost co mu się nie podoba, miał ciężki charakter, ale był napastnikiem idealnym do tego klubu, stworzonym do kombinacyjnej gry. Zasługiwał na nowy kontrakt, nawet jeśli miałby być on najwyższy w klubie. Zresztą wynagrodzenie sprowadzonego w jego miejsce Szweda z pewnością także nie było niskie. Co prawda bronią Zlatana statystyki (16 trafień i 8 asyst w 29 ligowych spotkaniach), jednakże nie wpasował się on w taktykę Barcelony. Często długo trzymał piłkę przy nodze, niepotrzebnie ją zastawiał, a przede wszystkim w zasadzie na palcach jednej ręki można policzyć spotkania, w których "Ibra" choćby truchtał i starał się grać wysokim pressingiem - co własnie u Eto'o imponowało i często przynosiło skutek w postaci odzyskania futbolówki. Nigdy nie byłem fanem tego piłkarza, ale nawet patrząc obiektywnie i z czysto sportowego punktu widzenia wiele pozytywnego o jego grze w barwach Blaugrany powiedzieć nie można. A że transfer Ibrahimovica okazał się kompletnie niepotrzebny (nawet mając na uwadze choćby jego trafienie z Realem, zapewniające trzy punkty w Gran Derbi) najlepiej świadczy fakt, że w końcówce sezonu, gdy ważyły się losy tytułu mistrzowskiego, Guardiola stawiał na Bojana, który zresztą bardzo dobrze wywiązywał się z powierzonej mu roli. A w Lidze Mistrzów, gdy przyszło Zlatanowi i Eto'o zmierzyć się ze swoimi byłymi zespołami, górą był ten drugi, sięgając również po najcenniejsze klubowe trofeum w Europie.

Sezon dobiegł końca. Szwed za nieco ponad połowę wydanej na niego kwoty (nie licząc wartości Kameruńczyka) wylądował znów w Mediolanie - tylko po tej czerwono-czarnej stronie. Natomiast w jego miejsce Barcelona sprowadziła Davida Villę z Valencii. Akurat z tym transferem wiązałem ogromne nadzieje.   Według mnie był to snajper wymarzony, wręcz stworzony do gry w "Dumie Katalonii". Wówczas nie miałem wątpliwości, że poza "Czarną Perłą"jedynie Villa, Aguero i Torres (jak to śmiesznie brzmi dzisiaj w przypadku tego ostatniego) na 100% sprawdzą się i odnajdą w tej taktyce. "El Guaje" dostał zadanie, któremu nie sprostał Zlatan - zastąpić Samuela Eto'o. Porównując tych zawodników można się doszukać wielorakich podobieństw: przede wszystkim obaj potrafią świetnie grać bez piłki, wiedzą, czym jest "timing" i  urwanie się obrońcy w odpowiednim momencie nie stanowi dla nich żadnego problemu. Wielkim plusem tej dwójki jest też posiadanie tak samo precyzyjnego uderzenia z prawej, jak i z lewej nogi. Nie robi im różnicy, na której stopie mają piłkę. Oprócz tego wyróżnia ich dobre wyszkolenie techniczne, umiejętność wygrania pojedynku "1 na 1" - no i snajperski instynkt. Villa dla samej Valencii trafił 120 razy w 198 pojedynkach, natomiast Eto'o dla Blaugrany zaliczył aż 130 bramek w 199 występach. Dodatkowo David bardzo dobrze znał się z kadry: Puyolem, Pique, Busquetsem, Pedro, a przede wszystkim z Iniestą i Xavim, którzy mieli obdarowywać go teraz świetnymi piłkami.

Okazało się, że już na starcie Asturyjczyk będzie miał nieco pod górkę. Otóż już w poprzednim sezonie Guardiola przesunął Messiego z prawego skrzydła na środek ataku. Nie wrócił do poprzedniego wariantu nawet po przyjściu "El Guaje" - snajpera z krwi i kości. Tym samym Villa już na starcie - podobnie jak choćby Thierry Henry - musiał przyzwyczaić się do gry na skrzydle - czegoś, czego w zasadzie nie robił. Mimo to David pokazał, iż klasowy piłkarz wszędzie da sobie radę. 18 goli w lidze, 23 w całym sezonie - w tym trafienie w zwycięskim finale Champions League z "Czerwonymi Diabłami" oraz wydatne przyczynienie się do mistrzostwa Hiszpanii i Superpucharu dobitnie pokazują, jak ważną postacią z miejsca stał się w tej drużynie. 

W lipcu 2011 roku na Camp Nou zawitał Alexis Sanchez, którego transfer przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Chilijczyk miał być alternatywą dla byłego piłkarza Valencii, jak i dla Pedro. Na początku sezonu David nie imponował formą, choć paradoksalnie zaczął go znakomicie - od przepięknego trafienia w meczu o Superpuchar Hiszpanii z Realem Madryt. Później było niestety coraz gorzej, a apogeum nieszczęścia dosięgnęło go w Jokohamie podczas spotkania z Al-Saad w trakcie grudniowych Klubowych Mistrzostw Świata. Wtedy to złamał kość piszczelową, co w rezultacie uniemożliwiło mu pojawienie się w tym sezonie na boisku, jak i co gorsze udział w Mistrzostwach Europy. 

Długotrwała rehabilitacja, poparta ogromnym poświeceniem pozwoliły wreszcie Davidowi powrócić na boisko już w trakcie okresu przygotowawczego. W pierwszym ligowym meczu po kontuzji z Realem Sociedad zanotował prawdziwe wejście smoka - pokonując Claudio Bravo 10 minut po zameldowaniu się na murawie pokazał, że wciąż będzie tej drużynie potrzebny. Później m.in. zapewnił Barcelonie 3 punkty w dramatycznym meczu na Ramon Sanchez Pizjuan oraz zanotował 3 gole w dwumeczu Copa del Rey z Deportivo Alaves. 

Mimo tych osiągnięć - bardzo dobrych jak na czas spędzany na boisku, oraz mimo indolencji strzeleckiej zarówno Alexisa, jak i Pedro, "El Guaje" wciąż przeważnie pełni rolę jokera wchodząc z ławki przeważnie po 60. minucie spotkania. A klasowego piłkarza, jakim jest reprezentant Hiszpanii, z pewnością taka rola nie satysfakcjonuje. 

Pozostaje kwestia najważniejsza - co dalej z Davidem Villą? Według mnie to wciąż piłkarz z najwyższej, światowej półki. I wierzę, że może ponownie osiągnąć taki poziom, jaki prezentował na Mistrzostwach Świata w RPA czy pierwszym sezonie w Barcelonie. Do tego potrzebuje jednak zaufania, cierpliwości, no i przede wszystkim regularnych występów. Na dzień dzisiejszy Villanova nie zapewnia mu wystarczająco dużo. Irytuje, a wręcz zadziwia nieporadność, z jaką Asturyjczyk przyjmuje piłkę. Denerwuje liczba spalonych, które sędziowie odgwizdują Davidowi. Zarzuca się mu brak zaangażowania w pressing. Odnosi się wrażenie, że król strzelców mundialu w Afryce grając od początku w drugiej połowie oddycha już rękawami. Nie zaprzeczam. Jednak pamiętajmy, że on wraca do futbolu po ciężkim złamaniu nogi! Spędził pół roku jedynie w gabinetach lekarskich, nie mając przez ten czas piłki przy nodze! Po czymś takim nie da się "z miejsca" wejść w rytm meczowy. Ba! Często nieosiągalny staje się powrót do poziomu prezentowanego przed urazem. Pierwszym z brzegu przykładem może być Eduardo, z którym wiązano w Arsenalu duże nadzieje, a tymczasem po żmudnej rehabilitacji został sprzedany do Szachtara, gdzie przeważnie pełni rolę rezerwowego i niczym specjalnym się nie wyróżnia. Podobnie kontuzje - częstsze, lecz nie tak poważne jak złamanie nogi - zatrzymały karierę Alexandre Pato, któremu wszyscy wróżyli świetlaną przyszłość. Miał być jednym z liderów "Canarinhos" na najbliższym mundialu, jednak na dzień dzisiejszy ciężko powiedzieć, czy w ogóle znajdzie się dla niego miejsce w 23-osobowej kadrze na ten turniej.

Czucie piłki, gry, wspomniany rytm meczowy, ogranie - tego nie da się nabyć spędzając większość czasu na ławce. Swoje szanse wciąż dostają zawodzący - jeśli chodzi o bramki - Pedro oraz Alexis Sanchez, których "El Guaje" deklasuje pod tym względem. I nikt nie może wysunąć argumentu, że że z wymienioną wyżej dwójką Barca nie traci punktów. Bo w tym sezonie ligowym niezależnie od obsady pierwszej linii, Katalończycy wygrywają wszystko jak leci, także z Davidem w "11"! 

Są cechy, których Villa nie posiada, a mają je młody Hiszpan i Chilijczyk - nie biega od pola karnego do pola karnego, nie ściga rywala przez pół boiska, aby odebrać mu wcześniej straconą piłkę, nie trzyma się kurczowo linii bocznej, nie szuka w każdym zagraniu Messiego, nie jest tak przebojowy i dynamiczny. Jednak moim zdaniem ma znacznie ważniejsze umiejętności, predestynujące go do roli zawodnika podstawowej jedenastki. Przede wszystkim to, o czym wspominałem porównując go do Eto'o - niesamowity instynkt strzelecki, spokój w sytuacjach podbramkowych i kapitalny "timing" - umiejętność urwania się obrońcy, wyjścia do prostopadłej piłki. I takiej właśnie gry David wciąż szuka, stąd te liczne spalone, na których jest łapany. A to z kolei dlatego, że brakuje mu ogrania, "czucia gry". Wie, kiedy zejść ze skrzydła do środka, kiedy wystartować do piłki. Spalone są wkalkulowane w taki sposób gry. Jednak przy tak kreatywnych piłkarzach w środku pola jak Xavi, Iniesta, Thiago, Cesc czy cofający się często do drugiej linii Messi piłkarz wychodzący na wolne pole do prostopadłych piłek jest wręcz niezbędny. A jeśli tylko "El Guaje" złapie wysoką formę - w co głęboko wierzę - to bójcie się wszyscy! Na takie akcje nie będzie lekarstwa. 

Równie ważną zaletą tego zawodnika, przynajmniej w moim odczuciu, jest umiejętna ocena sytuacji, dobry strzał z dystansu i pewność siebie. Wie, kiedy powinien uderzyć, a kiedy oddać futbolówkę koledze. I nieważne, czy jest to 5 czy 35 metr. O tym, że była gwiazda Valencii potrafi uderzyć z każdej odległości i z każdej piłki przekonali się już m.in. Casillas (Superpuchar Hiszpanii), Van der Sar (finał LM), Bravo (MŚ 2010) czy Christian Abiatti. Nie ma też znaczenia, czy uderza ze stojącej piłki, czy w trakcie gry. Co ważne, w przeciwieństwie do Alexisa i Pedro, u których to zachowanie powoli zaczyna irytować, nie szuka w każdym zagraniu Messiego. Jeśli otrzymuje futbolówkę w sytuacji dogodnej do strzału, nie rozgląda się za Leo, tylko uderza na bramkę. Ktoś taki staje się bezcenny, gdy rywal gra tak głęboko cofnięty, że niemal niemożliwym jest znalezienie się na wolnej pozycji w polu karnym. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że tak precyzyjnego uderzenia z dystansu jakim dysponuje Hiszpan nie ma w tym klubie nikt poza Messim. 

Dziś kończy się 2012 rok, w zasadzie stracony dla piłkarza Blaugrany. Stanowisko klubu wydaje się być jasne i klarowne - do końca czerwca David zostaje z nami, później pomyślimy o dalszej przyszłości zawodnika. Agent napastnika twierdzi, że los jego podopiecznego leży w rękach sterników klubu. A to karze nam sądzić, iż w styczniu Villa nigdzie się nie wybiera, mimo rzekomego zainteresowania ze strony Chelsea, Liverpoolu czy Manchesteru City. Ja mam natomiast nadzieję, że David zostanie nie tylko do czerwca, ale odbuduje się, zacznie grać "drugie skrzypce" (chyba łatwo rozgryźć dlaczego ;) ) w zespole, i w lipcu usiądzie do rozmów o przedłużeniu wygasającej w 2014 roku umowy, a chwilę później złoży podpis pod nowym kontraktem :) 

poniedziałek, 3 września 2012

Primera Division: Barcelona - Valencia 1-0

Po bardzo przeciętnym meczu Barcelona pokonała Valencię 1-0. Trzy punkty Katalończykom zapewnił pięknym strzałem Adriano, czym po części odkupił swoje winy za przegrany rewanż w Superpucharze. Dla gospodarzy było to trzecie zwycięstwo w lidze z rzędu, natomiast "Nietoperze" z dwoma punktami po trzech kolejkach zaliczają jeden z najsłabszych startów w ostatnich latach, mając jednak już za sobą mecze z mistrzem i wicemistrzem z poprzedniego sezonu. 




Początek spotkania nie zwiastował wielkich emocji. I tych też tak naprawdę przez cały mecz było jak na lekarstwo. Pierwszym godnym odnotowania momentem była indywidualna akcja Pedro w polu karnym, zakończona płaskim uderzeniem prosto w Diego Alvesa. Trzy minuty później na techniczny strzał z ponad 20 metrów zdecydował się Roberto Soldado, który minimalnie minął bramkę Valdesa. Na odpowiedź Barcelony musieliśmy czekać osiem minut. Wtedy to świetną centrą na głowę... Messiego popisał się Dani Alves. Jego strzał po koźle w świetnym stylu sparował Diego Alves. Zastanawiająca była dziwna bierność obrońców Valencii w tej sytuacji. 

Trzy minuty później Messi zdecydował się na strzał z dystansu, po którym piłka wyszła na rzut rożny. I właśnie po tym krótko rozegranym stałym fragmencie piłkę w okolicach narożnika pola karnego otrzymał Adriano i długo nie namyślając się huknął po długim rogu ściągając przysłowiową pajęczynę z bramki Alvesa. Nie minęły dwie minuty, a przed szansą na drugą bramkę dla gospodarzy stanął Pedro. Kapitalną piłką z głębi pola popisał się Xavi, skrzydłowy Barcelony uderzył na wślizgu z pierwszej piłki, jednak brazylijski golkiper Nietoperzy zdołał odbić piłkę do boku. Te dziesięć minut między dwudziestą na trzydziestą to okres najlepszej gry Blaugrany w tym spotkaniu. Okres jakże krótki, ale obfitujący w więcej sytuacji podbramkowych dla Katalończyków niż przez całą resztę zawodów. W 26. minucie na trzydziestym metrze od bramki Los Ches futbolówkę przechwycił Xavi, zagrał na linię pola karnego do Messiego, Argentyńczyk wypatrzył jeszcze wbiegającego w pole karne Fabregasa, jednak ten, w sytuacji sam na sam, mając dużo czasu, jedynie musnął słupek swoją podcinką. 

Do przerwy został kwadrans. Kwadrans, który nie przyniósł w zasadzie żadnych sytuacji, o których należałoby wspomnieć. Odnotujmy jedynie zagranie Daniego Alvesa wzdłuż pola bramkowego z 30. minuty, którego nikt nie zdołał przeciąć. Niecałe dziesięć minut później w polu karnym Barcelony niezłą okazję wypracował sobie Sofiane Feghouli, ale jego strzał z ostrego kąta poszybował wysoko ponad poprzeczką. 

Druga połowa przyniosła jeszcze mniej sytuacji bramkowych, choć w kilku sytuacjach, głównie pod bramką Barcelony, zrobiło się gorąco. Ale po kolei. Po przerwie nie oglądaliśmy już na boisku Daniego Alvesa, którego zastąpił sprowadzony właśnie z Valencii Jordi Alba. Zmiana spowodowana była najprawdopodobniej urazem, którego Brazylijczyk nabawił się po jednym ze wślizgów już na początku zawodów. 

Pierwszą okazję w drugich 45 minutach mieli goście. W ostatniej chwili jednak piłkę z nogi Victora Ruiza ściągnął Alexis Sanchez. Minutę później z 25 metrów Panu Bogu w okno uderzał Adriano. Chyba najbardziej klarowną szansę w drugiej połowie dla Barcelony miał Fabregas. Z prawej strony przy linii końcowej Alexis zakręcił Victorem Ruizem, wpadł w pole karne i idealnie wyłożył piłkę na ósmy metr byłemu zawodnikowi Arsenalu, który posłał ją tam, gdzie pięć minut wcześniej Adriano. 

W 60. minucie spotkania po rzucie wolnym wykonywanym przez Tino Costę piłkę do siatki skierował Victor Ruiz. Pan Perez Lasa bramki nie uznał, gdyż stoper Los Ches znajdował się na pozycji spalonej. Czy rzeczywiście tak było? Ciężko rozstrzygnąć, gdyż nawet powtórki (swoją drogą z fatalnych ujęć) nie wyjaśniają niczego. Niemniej jednak wydawało się, że były piłkarz Napoli znajdował się o włos przed obrońcami Katalończyków. Kto myślał, że ta sytuacja pobudzi zawodników Tito Vilanovy do żwawszych ataków i podwyższenia prowadzenia, musiał się srodze zawieść. Do 80. minuty jedynymi wydarzeniami wartymi uwagi były... zmiany. Najpierw za słabego dziś (jak i od początku sezonu) Cesca pojawił się Iniesta, a później zmian dokonywał Mauricio Pellegrino: Viera zastąpił Guardado, Gaga Albeldę i Valdez Feghouliego. 

W 81. minucie piłkę na 18. metrze ustawił Leo Messi. Strzał Argentyńczyka trafił centralnie w mur. Z każdą minutą piłkarze Barcelony cofali się coraz głębiej pod swoje pole karne wyraźnie chcąc utrzymać ten wynik. Świadczy o tym również wejście Sergio Busquetsa w miejsce Alexisa. Taka sytuacja dawno nie miała miejsca. A mimo to Valencia w ostatnich minutach (a wręcz sekundach) mogła zapewnić sobie punkt. 90. minuta, kolejny stały fragment (tym razem rzut rożny) i znów pod bramką gospodarzy zrobiło się gorąco. Dosłownie 3 metry od bramki Valdesa bez opieki pozostawiony został Victor Ruiz, golkiper Barcelony spóźnij się z wyjściem do piłki, jednak strzał głową obrońcy Nietoperzy poszybował jakieś 30 centymetrów nad poprzeczką. 60 sekund później kolejny groźny strzał - Jonas przerzucił sobie piłkę nad Jordim Albą  z około 25 metrów posłał w stronę bramki "opadającego liścia". Piłka zatrzepotała tylko na górnej siatce. I tym akcentem zakończyło się to spotkanie. 

Wydaje mi się, że był to jeden ze słabszych meczów między tymi drużynami w ostatnich latach. Ani jedna, ani druga ekipa nie pokazały całego potencjału, jaki w nich drzemie. Valencia od początku wyglądała dziś na drużynę nastawioną na wywiezienie z Camp Nou bezbramkowego remisu. Grali jakby bez przekonania, że można stąd wywieźć coś więcej niż punkt, a to - biorąc pod uwagę mecze Barcy z Osasuną czy rewanż z Realem (a także postawę w całym tym spotkaniu) było jak najbardziej możliwe. W zasadzie nie funkcjonowały skrzydła. Ani Feghouli, ani Guardado nie przeprowadzili ani jednego rajdu, który stworzyłby jakiekolwiek zagrożenie pod bramką Valdesa. Jest to o tyle dziwne, że tradycyjnie - szczególnie w pierwszej połowie - zarówno Alves, jak i Adriano, grali bardzo wysoko, w zasadzie pod samym polem karnym gości. Niewielkie było również wsparcie dla nich od Cissokho i Perreiry. Jednak ta dwójka wyraźnie skupiła się na poczynaniach defensywnych, z czego wywiązali się niemal bez zarzutu. Ani Pedro, ani Alexis nie "pohasali" sobie przy nich. Paradoksalnie najefektowniejsze dryblingi Alexis wykonał na obu stoperach Valencii, a nie na bocznych obrońcach. W środku pola natomiast zabrakło piłkarza, który byłby w stanie przytrzymać dłużej piłkę, zagrać na wolne pole do boku czy w "uliczkę". Ani Tino Costa, ani tym bardziej Albelda nie są piłkarzami tego typu. Odczuwalny szczególnie w takim meczu był brak piłkarza typu Banega czy nawet Canales. Brakowało także, głównie ze strony Costy, strzałów z dystansu. A że była to groźna broń pokazał i Soldado, i Jonas. Być może to jednak zasługa Alexa Songa, który wykonał mrówczą robotę w środku pola, częściowo również neutralizując takowe zagrożenie płynące ze strony Argentyńczyka z francuskim paszportem. Mam także wrażenie, że bardziej od Jonasa przydałby się w tym meczu Nelson Valdez. Wiadomo, że Soldado jest typem piłkarza, który nie odpuszcza i walczy o każdą piłkę kiedy tylko ma okazję. Na mecz z lubiącą wymieniać niezliczoną liczbę podań Barceloną ktoś taki jak Valdez byłby wskazany. widać było i z Osasuną, i szczególnie w rewanżu z Realem, że niewiele potrzeba, aby wymusić błąd Mascherano czy Pique. A Valdez to piłkarz, który potrafi 90 minut zasuwać między stoperami, wywierać na nich nieustanny pressing. Gdyby boczni pomocnicy zagrali wyżej, a Valdez obok (nie za plecami) Soldado, być może goście mieliby więcej sytuacji z kontry. 

Co do gospodarzy, lekką poprawę widać było w grze obronnej, choć prawdę powiedziawszy piłkarze Mauricio Pellegrino nie zmusili gospodarzy do wielkiego wysiłku. Największa bolączka - defensywne stałe fragmenty. Nie wiem z czego to wynika - czy z braku komunikacji, czy z braku centymetrów - ale był to kolejny mecz, w którym rywal największe zagrożenia stwarza po rzutach wolnych czy rożnych. Jest to z pewnością element, nad którym podopieczni Tito Vilanovy wciąż muszą dużo pracować na treningach. Drugi  moim zdaniem problem - gra Leo Messiego. A może nawet nie tyle jego gra, co rola. Oglądając Barcelonę można odnieść wrażenie, że La Pulga ma na boisku całkowicie wolną rękę. Nie dotyczą go żadne wytyczne, żadne ustawienia taktyczne. Czy to plus czy minus? Teoretycznie zależy od tego, jaki dzień ma Argentyńczyk. W praktyce - raczej coraz mniej taka jego rola daje drużynie. Cofając się nieco wstecz, do czasów Samuela Eto'o mam w pamięci ogrom sytuacji, w których dostawał piłkę od Xaviego czy Iniesty na wolne pole. Widziałem masę prostopadłych (co ważne, dokładnych podań) piłek od Hiszpanów do Kameruńczyka. Inna sprawa, że często tych zagrań nie wykorzystywał. Ale to był jego największy plus: potrafił jak mało kto kapitalnie w tempo urwać się obrońcom, miał niesamowitą łatwość w dochodzeniu do "setek". Przeważnie miał ich tyle, że nawet marnując połowę z nich i tak trafiał do siatki. Dlaczego przywołuję przykład obecnego zawodnika Andżi Machaczkała? Ano dlatego, że był to ostatni zawodnik w klubie tego typu. Albo może inaczej - jako ostatni z klasycznych "dziewiątek" w Barcelonie faktycznie pełnił swoją rolę. Po nim ani Zlatan, ani Villa nie grali już typowego wysuniętego napastnika, choć z taką charakterystyką przychodzili do stolicy Katalonii. Nie wnikam w to, ile prawdy jest w historii, jakoby sam Messi zażyczył sobie gry jako środkowy napastnik, a na ile to była suwerenna decyzja Guardioli. 

Rzecz w tym, że dając Messiemu pełną swobodę drużyna wbrew pozorom podwójnie traci - raz, że tym sposobem automatycznie zneutralizowane zostają największe atuty Xaviego i Iniesty, a więc kapitalne prostopadłe piłki. Coraz częściej zauważam, że Xavi zaczął się ograniczać do rozciągania gry, posyłania piłek jedynie do boków. No bo tak: Messiego ciągnie do piłki, zdecydowanie lepiej czuje się z nią niż bez niej, stąd jego częste powroty do drugiej linii, nawet w okolice pozycji Busquetsa. Na środku ataku zostaje więc wielka dziura, bo bardzo rzadko, żeby nie powiedzieć w ogóle, Pedro czy Alexis schodzą na miejsce Argentyńczyka. Przeważnie trzymają się kurczowo skrzydeł i jedynie wymieniają się stronami, co nie przynosi specjalnie wymiernych korzyści. Częściej czyni to Villa, ale wiadomo ile czasu był wyłączony z gry. A wiadomo, że znacznie ciężej rozgrywającemu zagrać prostopadłą piłkę ze środka na skrzydło (choć Xavi nawet w tym meczu jedną taką piłkę był w stanie zagrać - ale to wyjątek potwierdzający regułę wynikający jedynie z geniuszu tego piłkarza). Stąd Xavi (rzadziej Iniesta, który szuka jeszcze indywidualnych akcji) ogranicza się do wspomnianego rozciągania gry i "klepania" w środku boiska z Messim, Iniestą czy Busquetsem. 

Druga kwestia to wspomniany brak tej "klasycznej dziewiątki". Pisałem ile na tej pozycji, przy tak kreatywnych piłkarzach jak Xavi i Iniesta, dawał Eto'o. Z Messim na środku ataku, o czym również wspomniałem, powstaje w tym miejscu często dziura. Rzuca się to w oczy szczególnie przy rozrzucaniu gry do skrzydeł. Wielokrotnie widziałem sytuacje, kiedy piłkę na skrzydle dostaje, dajmy na to Alves, ma bardzo dużo miejsca i czasu, ale po dłuższym przetrzymaniu piłki... cofa ją do tyłu. Bo w polu karnym nie ma nikogo. Messi się cofa, a ani Iniesta, ani tym bardziej Xavi nie są piłkarzami typu Franka Lamparda, Stevena Gerrarda czy nawet Kevina Prince'a Boatenga, którzy kiedy piłka jest na skrzydle natychmiast znajdują się w polu karnym czy jego okolicach. A wystarczyłby ruchliwy napastnik obdarzony sprytem (jakim był właśnie Eto'o) by wiele takich sytuacji kończyło się centrą, która znalazłaby adresata. 

Obecnie nie spodziewam się, by Vilanova wrócił do takiej gry, z Messim bliżej linii bocznej. Niemniej jednak w wielu meczach (choćby Chelsea, Inter z LM) taki powrót mógłby wyjść z korzyścią dla drużyny. Jednak nie ja odpowiadam za taktykę w tym klubie, więc pozostają mi jedynie taki oto suche dywagacje :) 


czwartek, 30 sierpnia 2012

Hiszpania: Superpuchar dla Realu

Mimo porażki 2-3 na Camp Nou, Real Madryt zdołał sięgnąć po pierwsze trofeum w nowym sezonie, pokonując na Bernabeu Barcelonę 2-1. Co warte podkreślenia, rewanż wygrał w pełni zasłużenie, a na murawie wreszcie nie trwało polowanie na kości, symulowanie czy wywieranie presji na arbitrze. 



Pierwsza połowa niespodziewanie mogła (i powinna) skończyć się prawdziwym pogromem. Piłkarze Barcelony nie mieli kompletnie pomysłu na rozegranie piłki. Rzadko kiedy piłka znajdowała się w okolicach 20 metra od bramki Los Blancos, nie mówiąc już o jakichkolwiek strzałach w kierunku bramki Casillasa. Równie fatalnie wyglądała ich gra w defensywie. Real, mimo że nie grał nadzwyczaj szybko i błyskotliwie, co kilka minut stwarzał sobie wyśmienite sytuacje do strzelenia gola. A Barca może dziękować Niebiosom (a w zasadzie Valdesowi, choć i on dołożył swoje "trzy grosze" do straconych bramek, i nieskuteczności Królewskich), że na przerwę schodzili przy wyniku 1-2, a nie 1-5. 

Już w 7. minucie po pierwszym (i nie ostatnim) poważnym błędzie w ustawieniu Gerarda Pique świetną okazję po zagraniu Marcelo miał Gonzalo Higuain, jednak jego płaski strzał zdołał nogą odbić bramkarz Barcelony. Zresztą takich błędów w ustawieniu, szczególnie w pierwszej połowie, defensywa Blaugrany odnotowała tyle, że aż ciężko je zliczyć. Dodatkowo brakowało asekuracji i komunikacji. Pique z Mascherano momentami wyglądali jak para trampkarzy, która pierwszy raz w życiu gra ze sobą na stoperze.  Właśnie kiks tego drugiego przyczynił się do utraty pierwszego gola. Piłkę z własnej połowy wybijał Pepe i gdy wydawało się, że Argentyńczyk bez problemu wybije ją, ten zrobił coś, co wydawałoby się jest domeną wyłącznie naszej B klasy. Mianowicie nie trafił w futbolówkę, a na dodatek dał się wyprzedzić swojemu rodakowi, a "Pipita" tym razem nie zmarnował stuprocentowej sytuacji i strzałem między nogami Valdesa dał Madrytczykom prowadzenie.

Nie minęło 10 minut, a drugi ze stoperów Barcelony pokazał, że nie chce być gorszy od Javiera. Sytuacja bardzo podobna do poprzedniej: piłkę z własnej połowy zagrywa Sami Khedira, Pique nie wie, czy zrobić w jej kierunku krok, czy też poczekać na kozioł, jego niezdecydowanie wykorzystuje Ronaldo, który przerzuca sobie piłkę piętą nad Hiszpanem i wychodzi sam na sam z Valdesem. Dlaczego stoper Barcelony zamiast ruszyć za Ronaldo popędził na linię bramkową? Dlaczego VV nie wyszedł z bramki by skrócić kąt? Dlaczego Mascherano wracał początkowo w ślimaczym tempie? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że wszystkie te niuanse pozwoliły Portugalczykowi strzelić bramkę na 2-0, chociaż futbolówkę szczerze mówiąc (wbrew zastanawiającym zachwytom Pana Iwańskiego z TVP nad "cudownych przyjęciem piłki") "zgasił" tak, że została ona za jego plecami. Mimo to miał nadspodziewanie dużo czasu, by ją sobie spokojnie ułożyć do strzału. Strzału, który choć mocny, był chyba jednak do "wyjęcia". 

Wydawać by się mogło - gorzej być nie może. A jednak. Kolejne 10 minut i kolejna zmarnowana "setka" Higuaina, nieuznana bramka Pepe na 3-0 (powtórki pokazały, że delikatnie popchnął Marcherano a ten, w swoim stylu, gdy tylko poczuł ręce rywala na plecach padł na murawę - miał się więc sędzia czym wybronić, aczkolwiek gdyby uznał tą bramkę nikt specjalnie nie mógłby mieć do niego pretensji) i na domiar złego czerwona kartka dla Adriano za faul na wychodzącym na wolne pole Ronaldo. Chwilę później natomiast po trzecim w tym meczu świetnym dograniu Marcelo Khedira uderzył z woleja prosto w ręce Valdesa.

Po wyrzuceniu z boiska Brazylijczyka Vilanova zareagował natychmiast wprowadzając na boisko Martina Montoyę w miejsce Alexisa Sancheza. I paradoksalnie to właśnie ten młody obrońca miał w 37. minucie pierwszą (sic!) okazję na bramkę dla Barcelony. Z lewej strony boiska wzdłuż bramki zagrał Iniesta, jednak ani Messi, ani właśnie Montoya nie sięgnęli piłki. 

Gdy wydawało się, że do przerwy nic już się nie wydarzy, stało się zgoła odmiennie. Do rzutu wolnego z ponad 25 metrów podszedł Leo Messi i pięknych strzałem obok muru po długim rogu trafił do siatki. Sprawdziło się więc po raz kolejny stare porzekadło o niewykorzystanych sytuacjach. Real mógł jeszcze odpowiedzieć, ale ani bomba Ronaldo, ani techniczne uderzenie Di Marii nie przyniosło zmiany rezultatu. 

W drugiej części meczu Real nie forsował tempa widząc korzystny wynik, nieporadność Barcelony i grając z przewagą jednego zawodnika. Piłka - tak trochę w stylu największego rywala - krążyła między defensorami Los Blancos. A Katalończycy, nie mając pomysłu na rozbicie szczelnej defensywy Realu i przebicie się przez zagęszczony środek pola, próbowali szukać swoich okazji grając z kolei... długimi piłkami, a więc tak, jak wiele razy w tym spotkaniu grali Madrytczycy. Pierwszy raz udało się to w 62. minucie i podobnie jak w pierwszym meczu świetnym crossem do Pedro popisał się Mascherano. Hiszpan tak jak wówczas kapitalnie "skleił" futbolówkę, jednak nie posłał jej tym razem do siatki, a prosto w Ikera Casillasa. Jakieś 3 minuty później na indywidualną akcję prawym skrzydłem zdecydował się Pedro, jakimś cudem ograł Ramosa i ostatkiem sił pchnął piłkę prosto w rękawice bramkarza Realu. 

Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Indywidualna akcja... Samiego Khediry, który ograł w niej 4 piłkarzy Barcelony, podsumowała fatalną grę w defensywie i kompletny brak zrozumienia. Tylko dzięki dobrej interwencji Valdesa na tablicy wyników wynik nie uległ zmianie. 

Kwadrans przed końcem kapitalnym podaniem z głębi pola do Jordiego Alby popisał się najlepszy piłkarz świata. Były piłkarz Valencii zdecydował się mijać Casillasa, co skończyło się wybiciem piłki przez obrońców. Chyba lepszym rozwiązaniem w tej sytuacji byłaby próba przerzucenia piłki nad wychodzącym z bramki golkiperem Królewskich. 

Kilka minut po tej akcji odpowiedział Real. Kolejną "patelnię" zmarnował Higuain, uderzając w sytuacji oko w oko z Valdesem w słupek. Niesamowitym była bierność gości w tej akcji. Ani przy podającym Xabim Alonso, ani przy "Pipicie" w promieniu jakichś 2-3 metrów nie było żadnego zawodnika w bordowo-granatowej koszulce. Ostatnie szanse na odwrócenie losów Superpucharu mieli znów Martin Montoya (po świetnym podaniu Messiego) oraz Leo Messi, lecz żaden z nich nie trafił do siatki i trofeum pozostało na Bernabeu. 

Z pewnością żaden kibic Barcelony (w tym ja) w najczarniejszych snach nie widział czegoś takiego, co miało miejsce w pierwszych 45 minutach. Można powiedzieć, że to, co działo się w pierwszym spotkaniu zostało obrócone o 180 stopni. Wówczas to Barca dominowała, a goście zdobyli dwie bramki "z niczego". Tym razem to Real miał mecz pod kontrolą i powinien go wygrać zdecydowanie wyżej, a Barcelona zdobyła bramkę nie mając do przerwy ani jednak dobrej okazji. Trzeba jednak zaznaczyć, że piłkarze ze stolicy mieli sporo więcej sytuacji w rewanżu niż Blaugrana na Camp Nou. Z przekroju dwumeczu Puchar zdobyła drużyna nieco lepsza (przynajmniej pod względem kreowania sytuacji podbramkowych), choć słowa uznania dla graczy z Katalonii za podjęcie walki w drugiej połowie i wyjście z szatni jakby to była inna drużyna niż w pierwszej połowie. Inna sprawa, że Real w drugich 45 minutach bardziej niż na stwarzaniu kolejnych sytuacji starał się kontrolować poczynania Barcelony w ofensywie i skupił się na bezbłędnej grze w obronie. W 100% się to nie udało, aczkolwiek przyniosło pożądany efekt końcowy w postaci Superpucharu. Warta odnotowania jest również atmosfera panująca na murawie. Wreszcie mogliśmy oglądać mecz bez złośliwości, brutalności, awantur, symulacji i dyskusji z sędzią. Mecz, wbrew licznym kartkom, był bardzo czysty, a jego najlepszym podsumowaniem mogą być dwie sytuacje z Pedro: w pierwszej to on pomógł podnieść się z murawy Marcelo, a w drugiej Cristiano Ronaldo wyciągnął dłoń do leżącego na murawie skrzydłowego Barcelony. Niby szczegół, ale jakże ważny przez pryzmat tego, co obserwowaliśmy w wielu wcześniejszych Gran Derbi. Oby jak najwięcej takich obrazków i dobrego futbolu w przyszłości! 





Real Madryt 2:1 FC Barcelona

Bramki: 11' Higuaín, 19' Ronaldo - 45' Messi.

Żółte kartki: Pepe, Arbeloa, Khedira, Alonso - Mascherano, Piqué.

Czerwona kartka: Adriano.

Real Madryt: Casillas; Arbeloa, Pepe, Ramos, Marcelo; Alonso, Khedira; Di María (79' Callejón), Özil (83' Modrić), Cristiano; Higuaín (81' Benzema).

Rezerwowi: Adán, Benzema, Albiol, Modric, Callejón, Lass, Nacho.

Barcelona: Valdés, Alba, Piqué, Mascherano, Adriano; Xavi, Busquets (75' Song), Iniesta, Pedro (82' Tello), Messi, Alexis (33' Montoya).

Rezerwowi: Fábregas, Villa, Pinto, Bartra, Montoya, Alex Song, Tello.