niedziela, 10 lutego 2013

Monster Rehab

Zapewne nikt się tego nie spodziewał, nigdzie nie było informacji o czekającej na wszystkich fanów i kolekcjonerów napojów energetycznych niespodziance, a tymczasem po cichutku, bez rozgłosu na nasz rynek zawitał Monster Rehab. Biorąc pod uwagę to, że przez rok bytowania w Polsce "Potworów" nie przybył ani jeden nowy smak, pojawienie się Rehaba jest swego rodzaju sensacją. Czy teraz również czeka nas rok posuchy? Czy też możemy spodziewać się dalszej ekspansji Monstera? Czy Rehab jest wart uwagi? O tym wszystkim w dalszej części. 


Na wstępie wyjaśnię kwestię dostępności: otóż Rehaba odnalazłem w pierwszej kolejności w rzeszowskim Realu. Próżno było go jednak szukać na półce wśród swojej "rodziny". Wracając w stronę kasy brat wyhaczył go jakimś cudem między Ripperami w lodówce - chwała mu za to, gdyż okazało się, że był w promocji po równe 4zł podobnie jak pozostałe Monstery. Kolejnym miejscem w Rzeszowie, gdzie odkryliśmy Rehaby była francuska sieć supermarketów, czyli Inter Marche. Tam z kolei na nowym Monsterze mogliśmy oszczędzić grosik w porównaniu do ceny z Realu. Oczywiście w IM "Potwóry" również figurowały jako promocja. 

Co ciekawego oferuje nam kolejny na naszym rynku Monster? Ano już po spojrzeniu na puszkę widzimy, że mamy do czynienia z napojem... niegazowanym! A to w przypadku "energizerów" rzadkość. Sam piłem raptem jednego niegazowanego - zakupionego w Kuchniach Świata Carabao. 

Kolejna ciekawostka - w opisie napoju mamy dodany przymiotnik "hipotoniczny". Oznacza to mniej więcej tyle, że ten rodzaj Monstera pozwala szybciej uzupełnić braki wody w organizmie, natomiast wolniej wyrównuje poziom elektrolitów i energii czerpanej z cukrów. Szczerze mówiąc, nie pamiętam bym miał wcześniej do czynienia z podobnym płynem. 

Skład: Oprócz standardowych składników napoju energetycznego takich jak kofeina (najpowszechniejsze 32mg/100ml), tauryna, kwas pantotenowy, witaminy B3, B6, B12, inozytol czy kwas cytrynowy znajdziemy tu również m.in. fosforan monopotasowy, mleczan wapnia, magnez, chlorek sodu czy... zagęszczoną wodę kokosową. Całość dopełnia sok sytrynowy (5%), ekstrakt z czarnej herbaty oraz ekstrakty owoców acai, jagody goji i mangostanu, a więc składniki odpowiedzialne za smak. 

Właśnie, smak - tutaj mamy do czynienia z bardzo przyjemną lemoniadką, której smak jednak stosunkowo szybko mija. Końcowy posmak to lekka nutka wymienionej powyżej czarnej herbatki. Nie wyczuwalna jest nawet delikatna jej gorycz, co w przypadku napojów tak słodkich jak Monstery jest w zasadzie oczywiste. Razem z bratem doszliśmy do wniosku, że Rehab, szczególnie dobrze schłodzony, może być opcją idealną na lato z racji tego, że jako mix energetyka z lemoniadą, a przy tym napój niegazowany, świetnie ugasi pragnienie w upalne dni, a dodatkowo da solidnego "kopa" energii. 

Podsumowując, uważam, że Rehaba zdecydowanie warto spróbować choćby jako czegoś nowego na naszym rynku. Szczególnie, kiedy jest w promocji, tak jak nam właśnie udało się go nabyć. Z drugiej natomiast strony tenże Monster - jak to się kolokwialnie mówi - "nie urywa d...". Jeśli ktoś spodziewa się rewelacji, może przeżyć srogie rozczarowanie. W skali 0-10, pomijając cenę, oceniłbym go na 7 z malutkim plusikiem. 

Już na sam koniec ostatnia z ciekawostek - będąc w Inter Marche natknąłem się również na etykietę z ceną... Assaulta oraz 3 Monsterów obecnych na naszym rynku od początku, ale w puszkach 0,25l. To było w środę bądź w czwartek. Widniała tam również etykieta Rehaba, jednak do wczoraj żadnego z tych napoi na półkach nie było. Ostatecznie pojawił się ten recenzowany przeze mnie. Czy etykiety pozostałych to zwykła pomyłka czy też coś jest na rzeczy? Na dzień dzisiejszy nie wiem, lecz z pewnością będę teraz częściej zaglądał do tejże francuskiej sieciówki :)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Co dalej z Davidem Villą?

Zainspirowany przeróżnymi źródłami, donoszącymi o rzekomym rozstaniu Davida Villi z FC Barceloną postanowiłem podzielić się moimi refleksjami na temat jego poprzedników, początków w bordowo-granatowych barwach, samego piłkarza, roli oraz przydatności w klubie, a także spróbować odpowiedzieć na pytanie: czy po tak fatalnej kontuzji, jaka przytrafiła mu się dokładnie roku temu jest w stanie odbudować się i wrócić na piłkarski szczyt. O tym wszystkim w dalszej części. 




Transfery klubu ze stolicy Katalonii w ostatnich kilku latach, a już szczególnie te w przednich formacjach zespołu, to była w moim odczucia taka swego rodzaju sinusoida. Pierwszą wielką transakcją było sprowadzenie na Camp Nou za horrendalną sumę przeszło 40 mln euro Zlatana Ibrahimovica. Dodatkowo w drugą stronę - do Mediolanu - powędrował Samuel Eto'o. I tej decyzji Guardioli oraz zarządu do tej pory nie potrafię zrozumieć. Bo Samuel był jaki był, mówił wprost co mu się nie podoba, miał ciężki charakter, ale był napastnikiem idealnym do tego klubu, stworzonym do kombinacyjnej gry. Zasługiwał na nowy kontrakt, nawet jeśli miałby być on najwyższy w klubie. Zresztą wynagrodzenie sprowadzonego w jego miejsce Szweda z pewnością także nie było niskie. Co prawda bronią Zlatana statystyki (16 trafień i 8 asyst w 29 ligowych spotkaniach), jednakże nie wpasował się on w taktykę Barcelony. Często długo trzymał piłkę przy nodze, niepotrzebnie ją zastawiał, a przede wszystkim w zasadzie na palcach jednej ręki można policzyć spotkania, w których "Ibra" choćby truchtał i starał się grać wysokim pressingiem - co własnie u Eto'o imponowało i często przynosiło skutek w postaci odzyskania futbolówki. Nigdy nie byłem fanem tego piłkarza, ale nawet patrząc obiektywnie i z czysto sportowego punktu widzenia wiele pozytywnego o jego grze w barwach Blaugrany powiedzieć nie można. A że transfer Ibrahimovica okazał się kompletnie niepotrzebny (nawet mając na uwadze choćby jego trafienie z Realem, zapewniające trzy punkty w Gran Derbi) najlepiej świadczy fakt, że w końcówce sezonu, gdy ważyły się losy tytułu mistrzowskiego, Guardiola stawiał na Bojana, który zresztą bardzo dobrze wywiązywał się z powierzonej mu roli. A w Lidze Mistrzów, gdy przyszło Zlatanowi i Eto'o zmierzyć się ze swoimi byłymi zespołami, górą był ten drugi, sięgając również po najcenniejsze klubowe trofeum w Europie.

Sezon dobiegł końca. Szwed za nieco ponad połowę wydanej na niego kwoty (nie licząc wartości Kameruńczyka) wylądował znów w Mediolanie - tylko po tej czerwono-czarnej stronie. Natomiast w jego miejsce Barcelona sprowadziła Davida Villę z Valencii. Akurat z tym transferem wiązałem ogromne nadzieje.   Według mnie był to snajper wymarzony, wręcz stworzony do gry w "Dumie Katalonii". Wówczas nie miałem wątpliwości, że poza "Czarną Perłą"jedynie Villa, Aguero i Torres (jak to śmiesznie brzmi dzisiaj w przypadku tego ostatniego) na 100% sprawdzą się i odnajdą w tej taktyce. "El Guaje" dostał zadanie, któremu nie sprostał Zlatan - zastąpić Samuela Eto'o. Porównując tych zawodników można się doszukać wielorakich podobieństw: przede wszystkim obaj potrafią świetnie grać bez piłki, wiedzą, czym jest "timing" i  urwanie się obrońcy w odpowiednim momencie nie stanowi dla nich żadnego problemu. Wielkim plusem tej dwójki jest też posiadanie tak samo precyzyjnego uderzenia z prawej, jak i z lewej nogi. Nie robi im różnicy, na której stopie mają piłkę. Oprócz tego wyróżnia ich dobre wyszkolenie techniczne, umiejętność wygrania pojedynku "1 na 1" - no i snajperski instynkt. Villa dla samej Valencii trafił 120 razy w 198 pojedynkach, natomiast Eto'o dla Blaugrany zaliczył aż 130 bramek w 199 występach. Dodatkowo David bardzo dobrze znał się z kadry: Puyolem, Pique, Busquetsem, Pedro, a przede wszystkim z Iniestą i Xavim, którzy mieli obdarowywać go teraz świetnymi piłkami.

Okazało się, że już na starcie Asturyjczyk będzie miał nieco pod górkę. Otóż już w poprzednim sezonie Guardiola przesunął Messiego z prawego skrzydła na środek ataku. Nie wrócił do poprzedniego wariantu nawet po przyjściu "El Guaje" - snajpera z krwi i kości. Tym samym Villa już na starcie - podobnie jak choćby Thierry Henry - musiał przyzwyczaić się do gry na skrzydle - czegoś, czego w zasadzie nie robił. Mimo to David pokazał, iż klasowy piłkarz wszędzie da sobie radę. 18 goli w lidze, 23 w całym sezonie - w tym trafienie w zwycięskim finale Champions League z "Czerwonymi Diabłami" oraz wydatne przyczynienie się do mistrzostwa Hiszpanii i Superpucharu dobitnie pokazują, jak ważną postacią z miejsca stał się w tej drużynie. 

W lipcu 2011 roku na Camp Nou zawitał Alexis Sanchez, którego transfer przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Chilijczyk miał być alternatywą dla byłego piłkarza Valencii, jak i dla Pedro. Na początku sezonu David nie imponował formą, choć paradoksalnie zaczął go znakomicie - od przepięknego trafienia w meczu o Superpuchar Hiszpanii z Realem Madryt. Później było niestety coraz gorzej, a apogeum nieszczęścia dosięgnęło go w Jokohamie podczas spotkania z Al-Saad w trakcie grudniowych Klubowych Mistrzostw Świata. Wtedy to złamał kość piszczelową, co w rezultacie uniemożliwiło mu pojawienie się w tym sezonie na boisku, jak i co gorsze udział w Mistrzostwach Europy. 

Długotrwała rehabilitacja, poparta ogromnym poświeceniem pozwoliły wreszcie Davidowi powrócić na boisko już w trakcie okresu przygotowawczego. W pierwszym ligowym meczu po kontuzji z Realem Sociedad zanotował prawdziwe wejście smoka - pokonując Claudio Bravo 10 minut po zameldowaniu się na murawie pokazał, że wciąż będzie tej drużynie potrzebny. Później m.in. zapewnił Barcelonie 3 punkty w dramatycznym meczu na Ramon Sanchez Pizjuan oraz zanotował 3 gole w dwumeczu Copa del Rey z Deportivo Alaves. 

Mimo tych osiągnięć - bardzo dobrych jak na czas spędzany na boisku, oraz mimo indolencji strzeleckiej zarówno Alexisa, jak i Pedro, "El Guaje" wciąż przeważnie pełni rolę jokera wchodząc z ławki przeważnie po 60. minucie spotkania. A klasowego piłkarza, jakim jest reprezentant Hiszpanii, z pewnością taka rola nie satysfakcjonuje. 

Pozostaje kwestia najważniejsza - co dalej z Davidem Villą? Według mnie to wciąż piłkarz z najwyższej, światowej półki. I wierzę, że może ponownie osiągnąć taki poziom, jaki prezentował na Mistrzostwach Świata w RPA czy pierwszym sezonie w Barcelonie. Do tego potrzebuje jednak zaufania, cierpliwości, no i przede wszystkim regularnych występów. Na dzień dzisiejszy Villanova nie zapewnia mu wystarczająco dużo. Irytuje, a wręcz zadziwia nieporadność, z jaką Asturyjczyk przyjmuje piłkę. Denerwuje liczba spalonych, które sędziowie odgwizdują Davidowi. Zarzuca się mu brak zaangażowania w pressing. Odnosi się wrażenie, że król strzelców mundialu w Afryce grając od początku w drugiej połowie oddycha już rękawami. Nie zaprzeczam. Jednak pamiętajmy, że on wraca do futbolu po ciężkim złamaniu nogi! Spędził pół roku jedynie w gabinetach lekarskich, nie mając przez ten czas piłki przy nodze! Po czymś takim nie da się "z miejsca" wejść w rytm meczowy. Ba! Często nieosiągalny staje się powrót do poziomu prezentowanego przed urazem. Pierwszym z brzegu przykładem może być Eduardo, z którym wiązano w Arsenalu duże nadzieje, a tymczasem po żmudnej rehabilitacji został sprzedany do Szachtara, gdzie przeważnie pełni rolę rezerwowego i niczym specjalnym się nie wyróżnia. Podobnie kontuzje - częstsze, lecz nie tak poważne jak złamanie nogi - zatrzymały karierę Alexandre Pato, któremu wszyscy wróżyli świetlaną przyszłość. Miał być jednym z liderów "Canarinhos" na najbliższym mundialu, jednak na dzień dzisiejszy ciężko powiedzieć, czy w ogóle znajdzie się dla niego miejsce w 23-osobowej kadrze na ten turniej.

Czucie piłki, gry, wspomniany rytm meczowy, ogranie - tego nie da się nabyć spędzając większość czasu na ławce. Swoje szanse wciąż dostają zawodzący - jeśli chodzi o bramki - Pedro oraz Alexis Sanchez, których "El Guaje" deklasuje pod tym względem. I nikt nie może wysunąć argumentu, że że z wymienioną wyżej dwójką Barca nie traci punktów. Bo w tym sezonie ligowym niezależnie od obsady pierwszej linii, Katalończycy wygrywają wszystko jak leci, także z Davidem w "11"! 

Są cechy, których Villa nie posiada, a mają je młody Hiszpan i Chilijczyk - nie biega od pola karnego do pola karnego, nie ściga rywala przez pół boiska, aby odebrać mu wcześniej straconą piłkę, nie trzyma się kurczowo linii bocznej, nie szuka w każdym zagraniu Messiego, nie jest tak przebojowy i dynamiczny. Jednak moim zdaniem ma znacznie ważniejsze umiejętności, predestynujące go do roli zawodnika podstawowej jedenastki. Przede wszystkim to, o czym wspominałem porównując go do Eto'o - niesamowity instynkt strzelecki, spokój w sytuacjach podbramkowych i kapitalny "timing" - umiejętność urwania się obrońcy, wyjścia do prostopadłej piłki. I takiej właśnie gry David wciąż szuka, stąd te liczne spalone, na których jest łapany. A to z kolei dlatego, że brakuje mu ogrania, "czucia gry". Wie, kiedy zejść ze skrzydła do środka, kiedy wystartować do piłki. Spalone są wkalkulowane w taki sposób gry. Jednak przy tak kreatywnych piłkarzach w środku pola jak Xavi, Iniesta, Thiago, Cesc czy cofający się często do drugiej linii Messi piłkarz wychodzący na wolne pole do prostopadłych piłek jest wręcz niezbędny. A jeśli tylko "El Guaje" złapie wysoką formę - w co głęboko wierzę - to bójcie się wszyscy! Na takie akcje nie będzie lekarstwa. 

Równie ważną zaletą tego zawodnika, przynajmniej w moim odczuciu, jest umiejętna ocena sytuacji, dobry strzał z dystansu i pewność siebie. Wie, kiedy powinien uderzyć, a kiedy oddać futbolówkę koledze. I nieważne, czy jest to 5 czy 35 metr. O tym, że była gwiazda Valencii potrafi uderzyć z każdej odległości i z każdej piłki przekonali się już m.in. Casillas (Superpuchar Hiszpanii), Van der Sar (finał LM), Bravo (MŚ 2010) czy Christian Abiatti. Nie ma też znaczenia, czy uderza ze stojącej piłki, czy w trakcie gry. Co ważne, w przeciwieństwie do Alexisa i Pedro, u których to zachowanie powoli zaczyna irytować, nie szuka w każdym zagraniu Messiego. Jeśli otrzymuje futbolówkę w sytuacji dogodnej do strzału, nie rozgląda się za Leo, tylko uderza na bramkę. Ktoś taki staje się bezcenny, gdy rywal gra tak głęboko cofnięty, że niemal niemożliwym jest znalezienie się na wolnej pozycji w polu karnym. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że tak precyzyjnego uderzenia z dystansu jakim dysponuje Hiszpan nie ma w tym klubie nikt poza Messim. 

Dziś kończy się 2012 rok, w zasadzie stracony dla piłkarza Blaugrany. Stanowisko klubu wydaje się być jasne i klarowne - do końca czerwca David zostaje z nami, później pomyślimy o dalszej przyszłości zawodnika. Agent napastnika twierdzi, że los jego podopiecznego leży w rękach sterników klubu. A to karze nam sądzić, iż w styczniu Villa nigdzie się nie wybiera, mimo rzekomego zainteresowania ze strony Chelsea, Liverpoolu czy Manchesteru City. Ja mam natomiast nadzieję, że David zostanie nie tylko do czerwca, ale odbuduje się, zacznie grać "drugie skrzypce" (chyba łatwo rozgryźć dlaczego ;) ) w zespole, i w lipcu usiądzie do rozmów o przedłużeniu wygasającej w 2014 roku umowy, a chwilę później złoży podpis pod nowym kontraktem :) 

Tomasz Gollob: od bohatera do...?


Tomasz Gollob – postać bez wątpienia nieoceniona dla polskiego speedway’a. Człowiek często budzący skrajne emocje. Sportowiec bezgranicznie oddany żużlowi i mocno w niego zaangażowany. W wieku 41 lat z pewnością spełniony od strony zawodowej. Mimo upływu lat, mimo osiągnięcia wszystkiego, co można było tylko osiągnąć, mimo najsłabszego sezonu od lat, wciąż cieszy się jazdą, wciąż nie Mo dość, wciąż znajduje się w centrum uwagi i jest tematem gorących dyskusji kibiców sportu żużlowego w całym kraju. 




Osobiście nie sięgam niestety pamięcią do początków kariery bydgoszczanina czy do makabrycznego wypadku w trakcie finałowych zawodów o Złoty Kask z 1999 roku, który prawdopodobnie odebrał mu tytuł IMŚ. Pierwsze zawody( w zasadzie migawki z nich)  z udziałem Golloba, które mam w głowie to finał Drużynowego Pucharu Świata we Wrocławiu z 2001 roku. Nie powiem, że od tego czasu zacząłem pasjonować się żużlem, gdyż byłem wówczas małym chłopaczkiem, ale od tych zawodów już na dobre wiedziałem, kim jest Tomasz Gollob.

Teraz, gdy jego sylwetka jest mi znacznie bliższa, a sam Pan Tomasz postanowił zszokować fanów żużla (przede wszystkim na Kujawach), uznałem, że warto pokusić się o artykuł na temat ikony tegoż sportu w Polsce.

Jak ciężko wyobrazić sobie transfer. np. Carlesa Puyola z Barcelony do Realu Madryt czy Joe Harta a Manchesteru City do United, tak samo niełatwo zrozumieć podpisanie kontraktu  przez Tomasza Golloba, rodowitego bydgoszczanina i wychowanka Polonii, z lokalnym rywalem z Torunia. Taki właśnie kierunek były mistrz świata obrał na najbliższe dwa sezony, co – wnioskując m.in. z komentarzy na tym portalu, jak  i postów na forum kibiców Unibaxu (a w zasadzie Apatora) – delikatnie mówiąc, nie przypadło fanom Aniołów do gustu. I nie ma się w zasadzie czemu dziwić – Hart, choć znakomity bramkarz, zapewne również nie spotkałby się z ciepłym przyjęciem kibiców na Old Trafford. Nie bez kozery szukam w świecie futbolu konkretnej alegorii do sytuacji, w której znalazł się Gollob. Przejście do danego klubu wychowanka największego rywala jest dla tych najmocniej związanych z zespołem kibiców niemalże policzkiem. Ciężko im się z tym pogodzić i zaakceptować. I nie zaakceptowano Golloba w Toruniu – najwięksi „fanatycy” ze stowarzyszenia Krzyżacy.net głośno oprotestowali ten transfer dając zarządowi do zrozumienia, że bydgoszczanin nie ma prawa przywdziewać plastronu  ich klubu.

Sam żużlowiec dolał oliwy do ognia mówiąc, że nie boi się przyjęcia na Motoarenie, a co więcej liczy na wizytę w Toruniu swoich fanów z rodzinnego miasta. Na to się jednak nie zanosi…

Osobiście uważam, że parafowanie umowy z Unibaxem  nie było mądrym  posunięciem, przede wszystkim od strony, że tak powiem  – „wizerunkowej”. Nie słyszałem  co prawda w ostatnich latach  wypowiedzi  kapitana naszej reprezentacji, w których podkreślałby swoje przywiązanie i wielką miłość do swojego rodzimego klubu, niemniej jednak ciężko myśleć, że Polonia jest obojętna jego sercu, skoro tam zbierał pierwsze żużlowe szlify, tam spędził ponad 13 lat kariery, z tym zespołem  zdobył 5 tytułów drużynowego mistrza Polski. Ta decyzja skłania mnie do zastanowienia się, co w takim razie kierowało Tomaszem Gollobem, bo chyba nie zdrowy rozsądek. Pieniądze? Biorąc pod  uwagę to, jaką wyrobił sobie „markę” w żużlowym światku oraz  jego z pewnością wysokie kontrakty reklamowe, w tym przede wszystkim z Monsterem nie sądzę, aby to było głównym czynnikiem wyboru Torunia. Choć oczywiście, ponad 2 mln złotych za sezon, bo o takiej kwocie słychać w kuluarach, piechotą nie chodzi.

Śledzę karierę Golloba już na tyle długo by stwierdzić, że zapału do ścigania wciąż mu nie brakuje. Nawet w kompletnie nieudanym dla siebie sezonie pokazywał, szczególnie w DPŚ i pojedynczych turniejach GP, że nadal jest liderem naszej kadry, że potrafi poderwać ją do walki, że może walczyć o medale w cyklu. Dalej jest głodny sukcesu, choć zapewne nie aż tak jak kilka czy kilkanaście lat temu. Nie szukam dla Pana Tomasza taniego usprawiedliwienia, ale w pewnym stopniu właśnie to mogło przyczynić się do tego kroku. W końcu na mistrzostwo Polski w drużynie czeka już 7 długich lat. A z pewnością łatwiej będzie mu o nie z Sullivanem i Holderem u boku, niż w swoim macierzystym  klubie czy w Rzeszowie lub Gnieźnie, czyli w ekipach, o których mówiło się, że mają „chrapkę” na byłego mistrza świata. Do tego dochodzi kwestia toru. Na Motoarenie Gollob czuje się tak, jak na obiekcie przy Sportowej 2, czyli „jak ryba w wodzie”. Na gorzowskim owalu w minionym sezonie kompletnie nie potrafił się odnaleźć, będąc cieniem  tego Tomasza Golloba, którego dobrze znamy. Nie leżała mu kompletnie przyczepna nawierzchnia przygotowywana przez Piotra Palucha. Znacznie lepsze wyniki notował na wyjazdach. W Toruniu powinno być zgoła inaczej. Dziwi mnie jednak fakt, że tak doświadczony żużlowiec przez cały długi sezon nie potrafił znaleźć odpowiednich ustawień i silników na gorzowski tor. Ciężko w takim wypadku  powiedzieć, gdzie leżała przyczyna jego niepowodzeń w spotkaniach rozgrywanych na swoim stadionie.

O  ile przenosiny bydgoszczanina do Torunia uznaję za decyzję (pomijając aspekt sportowy) mocno kontrowersyjną i w moim odczuciu sprzeczną z punktu widzenia jego własnego sumienia, o tyle zupełnie nie rozumiem i nie akceptuję zastąpienia kevlaru w narodowych barwach czarnym strojem Unibaxu. Uważam, że we wszelakich zawodach  rangi międzynarodowej każdy zawodnik/zespół powinien występować w kostiumach przynajmniej budzącym  skojarzenia z reprezentowanym  państwem. Tak, w największym stopniu dzięki PZM i Enei, w tegorocznym cyklu GP ścigali się obaj nasi reprezentacji. Nie wiem, czy Jarek zostanie przy tym kevlarze (mam  nadzieję, że tak), natomiast porzucenie po zaledwie roku narodowego kombinezonu jest dla mnie rzeczą nie do pojęcia. Czy aby jakiś tam zapis w kontrakcie był dla zawodnika, który po każdym tryumfie podkreślał, że dedykuje te sukcesy wszystkim kibicom i całej Polsce, ważniejszy niż biało-czerwone barwy? Naprawdę ciężko mi w to uwierzyć. Przecież logo sponsorów tak samo można umieścić na tegorocznym stroju, jak na każdym  innym. Dla takiego działania nie znajduję racjonalnego wyjaśnienia.

Niestety, doczekaliśmy takich czasów, że zawodnicy często mają za nic kibiców, honor czy przywiązanie do klubowych barw. Obecnie nawet to można kupić. Doskonale rozumiem frustrację i złość kibiców Polonii, jak i Unibaxu (Apatora). Dziesięć lat temu nie do pomyślenia było, by wychowanek Gryfów, tak mocno związany z klubem, trafił do rywala zza miedzy. Dzisiaj sam Gollob twierdzi, że nie widzi w tym nic złego. Wręcz przeciwnie – ma nadzieję, iż kibice Polonii, pamiętający go jeszcze z występów w biało-czerwonych barwach, będą z jego powodu częściej zaglądać na Motoarenę. Każdy fan klubu  z Bydgoszczy mógł te słowa odebrać jako wręcz jawne pogrywanie uczuciami. Krótko, acz trafnie podsumował to jeden z użytkowników portalu zuzelend.com pisząc:

-"Nie Panie Tomku! Polonia to klub z Bydgoszczy, stadion ma na Sportowej 2 i tam będziemy chodzić/jeździć na mecze (…)”

Ze sportowego punktu widzenia ta przeprowadzka powinna wyjść Gollobowi na dobre. Jednakże czy ten fakt  jest ważniejszy niż własne sumienie i odczucia kibiców – zarówno tych „starych” z rodzinnego miasta, jak i tych nowych? Czy sukcesy indywidualne i drużynowe powinno osiągać się kosztem  utraty szacunku tych, którzy dopingowali cię całą karierę? Myślę, że nie. Tak chyba jednak nie do końca myślał sam Pan Tomasz podpisując umowę z Unibaxem. O rezygnacji z narodowych barw powiedziałem  już wszystko, więc nie będę się na tym rozwodził.

Na koniec najważniejsza uwaga – pamiętajmy, ile Tomasz Gollob zrobił dla tej dyscypliny. Przez całą swoją karierę dostarczał nam  na arenie międzynarodowej masę emocji oraz wielkich sukcesów. Biegi z jego udziałem, jak  ten tegoroczny w barażu DPŚ z Emilem Sajfutdinowem i Gregiem Hancockiem, ostatni bieg finału tego samego turnieju w Lesznie z Leigh Adamsem, czy nawet legendarny już przegrany na ostatnich metrach finał IMP z Januszem Kołodziejem, zawsze ogląda się z zapartym  tchem. Wiele osób, może nawet czytających ten artykuł, zakochało się w speedway’u właśnie za sprawą tego zawodnika (sam się do takich zaliczam). Nie zapominajmy mu tego i dopingujmy we wszystkich zawodach, w których będzie reprezentował nasz kraj  na arenie międzynarodowej. A przede wszystkim – nie mieszajmy go z błotem. Nawet tą niezrozumiałą decyzją nie zasłużył sobie na to. Apeluję więc i proszę jedynie o to, i aż o to, by wszelakie akcje pod tytułem „nie dla Golloba w Toruniu” – jeśli tylko fani Aniołów mają zamiar takowe przeprowadzać, prowadzić z głową. Tak, by obeszło się bez wyzwisk, epitetów i wulgaryzmów kierowanych w jego stronę, bez chamskich, nie nadających cię do zacytowania transparentów, bez obelg pod jego adresem na wszelakich forach, bez gwizdów oraz obrażających przyśpiewek przy każdym  pojawieniu się Golloba pod taśmą. I nie tylko Golloba – bo na jego miejscu w tej chwili mogę postawić każde inne nazwisko. Polski żużel ma wciąż świeżo w pamięci tragedie Rafała Kurmańskiego i Łukasza Romanka. Nie każdy jest silny psychicznie, umie sobie poradzić z presją i oczekiwaniami kibiców czy działaczy. Żużel to taki sport, że więcej niż od samego zawodnika często zależy od sprzętu, który jak wiadomo niekiedy zawodzi – tak jak Golloba w minionym sezonie. Wówczas ani wyzwiska, ani obraźliwe wpisy w internecie nie pomogą. Mogą jedynie pogorszyć sytuację. 

Ciężko jest pozostawać obojętnym na zaciekłą, pozbawioną krzty kultury krytykę czy prostackie inwektywy, tym  bardziej słyszane na stadionie. Ogromne oczekiwania, brak pomocy, bliskich osób oraz to wszystko, o czym napisałem wyżej mogą doprowadzić do tego, co stało się ze ś.p. Rafałem i Łukaszem. Pamiętajmy o tym  w obliczu trwającej dyskusji na temat  zmiany klubu  przez Tomasza Golloba, ale także w przypadku  każdego innego żużlowca, by nie obrzucać go mięsem tylko dlatego,  że podpisał kontrakt z drużyną największego rywala bądź znajduje się w słabszej dyspozycji. Bo choć akurat on ma bardzo silną głowę, to są na pewno zawodnicy, których psychika jest bardziej krucha i mniej odporna na brutalne ataki kiboli oraz mediów. Nie mówię tu o uwielbieniu czy „miłości”, a jedynie o odrobinie szacunku dla tych (i oczywiście nie tylko dla nich), którzy na torze ryzykują swoje zdrowie i życie, by dostarczyć nam, fanom speedway’a niezwykłych sportowych emocji.


niedziela, 23 grudnia 2012

Crazy Wolf Cola

Po naprawdę długiej przerwie od pisania wracam z recenzją jednego z moich ulubionych energetyków, a mianowicie Crazy Wolfa. Mam do tego napoju swoisty "sentyment", gdyż jest on jednym z pierwszych, obok BePowera i R20, od którego zaczęła się moja "przygoda" z energy drinkami. Z tego względu obowiązkowo poświęcę mu tutaj trochę miejsca. 



Crazy Wolf - nie tylko omawiana dziś wersja o smaku coli - jest dostępny wyłącznie w sieci Kaufland jako tzw. "marka własna". Cena tego napoju na dzień dzisiejszy to 1,49 zł, a więc jest bardzo przystępna. Niemniej jednak chyba częściej można się spotkać z ceną 1,55 zł za puszeczkę. Dla niezorientowanych - do wyboru mamy 4 odmiany smakowe: "klasyka", light, limonkę oraz colę. 

Nie będę się rozpisywał o składzie, gdyż jest on bardzo zbliżony do wszelakich innych marek. Różni się tym, że zawiera barwnik, nadający napojowi odpowiedni smak i kolor. Natomiast jeśli chodzi właśnie o walory smakowe - jak powszechnie wiadomo, większość (jeśli nie wszystkie) napoi puszkowych najlepiej smakuje schłodzona. Nie inaczej jest w tym przypadku. Może teraz w zimie mało kto wrzuci energetyka do lodówki, ale w lecie to najlepsza opcja. Po otwarciu jakikolwiek zapach jest bardzo słabo wyczuwalny. W kwestii smaku - czuć, że faktycznie mamy do czynienia z wersją cola (co nie jest takie oczywiste, jak przekonałem się na przykładzie N-Gine'a coli, który bardziej smakował jak jakiś... płyn do mycia naczyń? Nie żebym pił coś takiego :) ). Sam posmak z kolei jest leciutko gorzkawy i stosunkowo krótki, co jest z pewnością zaletą, jeśli komuś nie "podejdzie" ten napój. Mogę więc obiektywnie stwierdzić, że nie jest on przesadnie słodki - raczej przeciwnie. 

Krótko podsumowując - Crazy Wolf Cola jest bardzo przyjemną odmianą od tych "klasycznych" energy drinków dostępnych na naszym rynku. Smak można ocenić pozytywnie, tak samo jak cenę napoju. Nie napisałem nic o wadach, bo... w zasadzie ciężko mi jakąś dostrzec. Tak obiektywnie, jak i subiektywnie. Zarzucić mógłbym jedynie to, co każdemu "energizerowi" - mianowicie szybkie rozgazowanie. Ale skoro ten problem jest powszechny, więc pominąłem tą kwestię. W moim osobistym rankingu energetyków o smaku coli stawiam go tuż tuż za Ridersem, a przed Level Upem oraz zdecydowanie przed wspomnianym N-Gine'm i Tigerem (który przynajmniej kiedyś także miał taką wersję smakową). Osobiście polecam :)

niedziela, 16 września 2012

XL Lime&Lemon

Po recenzji XL Cranberry dziś kolei na inną odmianę smakową, a mianowicie wersję Lime&Lemon. Czy opinia o nim będzie równie pozytywna jak o jego "żurawinowym bracie"? A może wręcz przeciwnie? O tym przeczytacie w dalszej części. 




Zacznę może od tego, że recenzując XL Lime&Lemon mógłbym w zasadzie skopiować to, co napisałem przy żurawinowym XLu i jedynie nanieść stosowne poprawki. Z jego ceną czy dostępnością jest identycznie. Skład? Ten sam, z jedną, oczywistą różnicą jeśli chodzi o barwniki - tutaj pojawia się tartrazyna oraz błękit brylantowy. Rzecz jasna są one związane ze smakiem oraz kolorem napoju. Cóż jeszcze, zanim przejdę do głównego wątku? Warto nadmienić, iż takowego połączenia smakowego - to znaczy limonki z cytryną, próżno szukać na naszym rynku (poza XLem). Znacznie bardziej popularnym smakiem jest połączenie limonki z miętą, czyli po prostu mojito. 

A teraz główny punkt programu, a więc smak. Na wstępie powiem, że akurat Lime&Lemon dla mnie osobiście to najlepszy produkt XLa. Nie tylko ze względu na swoją niepowtarzalność, ale po prostu za UDANE nieco oryginalne połączenie smakowe. Podobnie jak przy XL Cranberry, klasyczny smak typowego energy drinka jest tu właściwie nie wyczuwalny. Kompozycję limonki z cytryną w tym przypadku można uznać za bardzo udany eksperyment. W smaku napój jest dość delikatny, a przy tym mocno orzeźwiający (polecam - jak zresztą większość energetyków - pić schłodzonego). Odnoszę też wrażenie, iż ten posmak (ewidentnie taki, jaki smak napoju) - skądinąd przyjemny - pozostaje w ustach nieco dłużej niż w przypadku XL Cranberry. Jedynym mankamentem jest oczywiście szybkie ulatnianie się gazu z napoju, ale do tego "koneserzy" energetyków z pewnością zdążyli już przywyknąć. 

Króciutko podsumowując - napój XL Lime&Lemon z pewnością można zaliczyć do gatunku tych udanych eksperymentów smakowych. W mojej ocenie jest jeszcze lepszy od swojego "żurawinowego brata". Przy tym ma unikatowy smak, bo jak wiadomo energetyków żurawinowych mamy na rynku znacznie więcej. Kto nie próbował, a często pija energy drinki, powinien skosztować XL Lime&Lemon. Uważam, że nie będzie zawiedziony!


sobota, 15 września 2012

XL Cranberry

Dziś recenzja energetyka, który na naszym rynku obecny jest już od dawien dawna i choćby za samo to należy mu się nieco uwagi. Mowa o XL Energy Drinku, a konkretnie o jego żurawinowej wersji smakowej. Czy można przejść obok niego obojętnie? A może ma w sobie "to coś"? O tym w dalszej części recenzji.




Na początek cena i dostępność: otóż obecnie w sieci Carrefour trwa promocja, w ramach której przy zakupie jednej puszki za 1,19zł drugą dostajemy za grosz. 60 gr za energetyka, w dodatku w trzech opcjach smakowych do wyboru? Rewelacja. Bez promocji natomiast cena waha się od 1,39zł do 1,99zł. W każdym razie rzadko kiedy przekracza 2zł. Oczywiście stwierdzam to na podstawie tego, co zaobserwowałem w swoim regionie. Z dostępnością jeszcze 1-1,5 roku temu powiedziałbym, że jest bardzo dobrze. Jednak od tego czasu jakby powoli zaczął znikać z półek sklepowych. Dla przykładu właśnie dowiedziałem się, iż XLa nie zobaczymy już w niemieckiej sieci Kaufland. Mimo wszystko w dużych marketach, jak np. Real, Tesco czy wymieniony wyżej Carrefour wciąż gości na pólkach z tego typu napojami w całkiem przystępnej cenie. 

W składzie XL Cranberry niemal nie różni się od standardowego energetyka. A więc ilość kofeiny oraz tauryny pozostaje na "ogólnie przyjętym" poziomie, czyli odpowiednio 32mg/100ml oraz 400mg/100ml. Ponadto zawiera jak większość napojów energetycznych kwas cytrynowy, cytrynian sodu i witaminy: niacynę, B6, B12 oraz kwas pantotenowy. Dwie drobne różnice to brak inozytolu oraz obecność barwników - azorubiny i karmelu amoniakalnego, które oczywiście odpowiadają za kolor oraz smak. 
Teraz najważniejsze - czyli właśnie smak. Mając odnośniki w postaci Level Upa czy Green Upa muszę stwierdzić, że to właśnie XL posiada najlepszą wersję żurawinowego "energizera". Jest on delikatnie słodszy od konkurencji, a przy tym również bardziej wyraźny. A posmak nie znika tak szybko - co w tym przypadku jest dużym plusem, gdyż jest on bardzo przyjemny. Każdy, kto spróbuje zdąży poczuć smak żurawiny zanim zdąży on zniknąć w ustach. Jeśli chodzi o minusy mnie osobiście ciężko się takowych doszukać. W zasadzie jedyne, co mogę zarzucić temu napojowi to szybkie "rozgazowanie". Jednak ten problem dotyczy praktycznie każdego energetyka, więc ciężko traktować to jako zarzut. 

Ze swojej strony polecam tego energetyka. Uważam, że jest to jedna z "przyjemniejszych" wersji smakowych "energizerów" na naszym rynku. Przy tym z dostępnością nie ma większych problemów. Dla kogoś, komu nie odpowiada "klasyczny" posmak energetyków, a potrzebuje pobudzenia czy poprawy koncentracji, XL Cranberry może być bardzo dobrym rozwiązaniem. 

poniedziałek, 3 września 2012

Primera Division: Barcelona - Valencia 1-0

Po bardzo przeciętnym meczu Barcelona pokonała Valencię 1-0. Trzy punkty Katalończykom zapewnił pięknym strzałem Adriano, czym po części odkupił swoje winy za przegrany rewanż w Superpucharze. Dla gospodarzy było to trzecie zwycięstwo w lidze z rzędu, natomiast "Nietoperze" z dwoma punktami po trzech kolejkach zaliczają jeden z najsłabszych startów w ostatnich latach, mając jednak już za sobą mecze z mistrzem i wicemistrzem z poprzedniego sezonu. 




Początek spotkania nie zwiastował wielkich emocji. I tych też tak naprawdę przez cały mecz było jak na lekarstwo. Pierwszym godnym odnotowania momentem była indywidualna akcja Pedro w polu karnym, zakończona płaskim uderzeniem prosto w Diego Alvesa. Trzy minuty później na techniczny strzał z ponad 20 metrów zdecydował się Roberto Soldado, który minimalnie minął bramkę Valdesa. Na odpowiedź Barcelony musieliśmy czekać osiem minut. Wtedy to świetną centrą na głowę... Messiego popisał się Dani Alves. Jego strzał po koźle w świetnym stylu sparował Diego Alves. Zastanawiająca była dziwna bierność obrońców Valencii w tej sytuacji. 

Trzy minuty później Messi zdecydował się na strzał z dystansu, po którym piłka wyszła na rzut rożny. I właśnie po tym krótko rozegranym stałym fragmencie piłkę w okolicach narożnika pola karnego otrzymał Adriano i długo nie namyślając się huknął po długim rogu ściągając przysłowiową pajęczynę z bramki Alvesa. Nie minęły dwie minuty, a przed szansą na drugą bramkę dla gospodarzy stanął Pedro. Kapitalną piłką z głębi pola popisał się Xavi, skrzydłowy Barcelony uderzył na wślizgu z pierwszej piłki, jednak brazylijski golkiper Nietoperzy zdołał odbić piłkę do boku. Te dziesięć minut między dwudziestą na trzydziestą to okres najlepszej gry Blaugrany w tym spotkaniu. Okres jakże krótki, ale obfitujący w więcej sytuacji podbramkowych dla Katalończyków niż przez całą resztę zawodów. W 26. minucie na trzydziestym metrze od bramki Los Ches futbolówkę przechwycił Xavi, zagrał na linię pola karnego do Messiego, Argentyńczyk wypatrzył jeszcze wbiegającego w pole karne Fabregasa, jednak ten, w sytuacji sam na sam, mając dużo czasu, jedynie musnął słupek swoją podcinką. 

Do przerwy został kwadrans. Kwadrans, który nie przyniósł w zasadzie żadnych sytuacji, o których należałoby wspomnieć. Odnotujmy jedynie zagranie Daniego Alvesa wzdłuż pola bramkowego z 30. minuty, którego nikt nie zdołał przeciąć. Niecałe dziesięć minut później w polu karnym Barcelony niezłą okazję wypracował sobie Sofiane Feghouli, ale jego strzał z ostrego kąta poszybował wysoko ponad poprzeczką. 

Druga połowa przyniosła jeszcze mniej sytuacji bramkowych, choć w kilku sytuacjach, głównie pod bramką Barcelony, zrobiło się gorąco. Ale po kolei. Po przerwie nie oglądaliśmy już na boisku Daniego Alvesa, którego zastąpił sprowadzony właśnie z Valencii Jordi Alba. Zmiana spowodowana była najprawdopodobniej urazem, którego Brazylijczyk nabawił się po jednym ze wślizgów już na początku zawodów. 

Pierwszą okazję w drugich 45 minutach mieli goście. W ostatniej chwili jednak piłkę z nogi Victora Ruiza ściągnął Alexis Sanchez. Minutę później z 25 metrów Panu Bogu w okno uderzał Adriano. Chyba najbardziej klarowną szansę w drugiej połowie dla Barcelony miał Fabregas. Z prawej strony przy linii końcowej Alexis zakręcił Victorem Ruizem, wpadł w pole karne i idealnie wyłożył piłkę na ósmy metr byłemu zawodnikowi Arsenalu, który posłał ją tam, gdzie pięć minut wcześniej Adriano. 

W 60. minucie spotkania po rzucie wolnym wykonywanym przez Tino Costę piłkę do siatki skierował Victor Ruiz. Pan Perez Lasa bramki nie uznał, gdyż stoper Los Ches znajdował się na pozycji spalonej. Czy rzeczywiście tak było? Ciężko rozstrzygnąć, gdyż nawet powtórki (swoją drogą z fatalnych ujęć) nie wyjaśniają niczego. Niemniej jednak wydawało się, że były piłkarz Napoli znajdował się o włos przed obrońcami Katalończyków. Kto myślał, że ta sytuacja pobudzi zawodników Tito Vilanovy do żwawszych ataków i podwyższenia prowadzenia, musiał się srodze zawieść. Do 80. minuty jedynymi wydarzeniami wartymi uwagi były... zmiany. Najpierw za słabego dziś (jak i od początku sezonu) Cesca pojawił się Iniesta, a później zmian dokonywał Mauricio Pellegrino: Viera zastąpił Guardado, Gaga Albeldę i Valdez Feghouliego. 

W 81. minucie piłkę na 18. metrze ustawił Leo Messi. Strzał Argentyńczyka trafił centralnie w mur. Z każdą minutą piłkarze Barcelony cofali się coraz głębiej pod swoje pole karne wyraźnie chcąc utrzymać ten wynik. Świadczy o tym również wejście Sergio Busquetsa w miejsce Alexisa. Taka sytuacja dawno nie miała miejsca. A mimo to Valencia w ostatnich minutach (a wręcz sekundach) mogła zapewnić sobie punkt. 90. minuta, kolejny stały fragment (tym razem rzut rożny) i znów pod bramką gospodarzy zrobiło się gorąco. Dosłownie 3 metry od bramki Valdesa bez opieki pozostawiony został Victor Ruiz, golkiper Barcelony spóźnij się z wyjściem do piłki, jednak strzał głową obrońcy Nietoperzy poszybował jakieś 30 centymetrów nad poprzeczką. 60 sekund później kolejny groźny strzał - Jonas przerzucił sobie piłkę nad Jordim Albą  z około 25 metrów posłał w stronę bramki "opadającego liścia". Piłka zatrzepotała tylko na górnej siatce. I tym akcentem zakończyło się to spotkanie. 

Wydaje mi się, że był to jeden ze słabszych meczów między tymi drużynami w ostatnich latach. Ani jedna, ani druga ekipa nie pokazały całego potencjału, jaki w nich drzemie. Valencia od początku wyglądała dziś na drużynę nastawioną na wywiezienie z Camp Nou bezbramkowego remisu. Grali jakby bez przekonania, że można stąd wywieźć coś więcej niż punkt, a to - biorąc pod uwagę mecze Barcy z Osasuną czy rewanż z Realem (a także postawę w całym tym spotkaniu) było jak najbardziej możliwe. W zasadzie nie funkcjonowały skrzydła. Ani Feghouli, ani Guardado nie przeprowadzili ani jednego rajdu, który stworzyłby jakiekolwiek zagrożenie pod bramką Valdesa. Jest to o tyle dziwne, że tradycyjnie - szczególnie w pierwszej połowie - zarówno Alves, jak i Adriano, grali bardzo wysoko, w zasadzie pod samym polem karnym gości. Niewielkie było również wsparcie dla nich od Cissokho i Perreiry. Jednak ta dwójka wyraźnie skupiła się na poczynaniach defensywnych, z czego wywiązali się niemal bez zarzutu. Ani Pedro, ani Alexis nie "pohasali" sobie przy nich. Paradoksalnie najefektowniejsze dryblingi Alexis wykonał na obu stoperach Valencii, a nie na bocznych obrońcach. W środku pola natomiast zabrakło piłkarza, który byłby w stanie przytrzymać dłużej piłkę, zagrać na wolne pole do boku czy w "uliczkę". Ani Tino Costa, ani tym bardziej Albelda nie są piłkarzami tego typu. Odczuwalny szczególnie w takim meczu był brak piłkarza typu Banega czy nawet Canales. Brakowało także, głównie ze strony Costy, strzałów z dystansu. A że była to groźna broń pokazał i Soldado, i Jonas. Być może to jednak zasługa Alexa Songa, który wykonał mrówczą robotę w środku pola, częściowo również neutralizując takowe zagrożenie płynące ze strony Argentyńczyka z francuskim paszportem. Mam także wrażenie, że bardziej od Jonasa przydałby się w tym meczu Nelson Valdez. Wiadomo, że Soldado jest typem piłkarza, który nie odpuszcza i walczy o każdą piłkę kiedy tylko ma okazję. Na mecz z lubiącą wymieniać niezliczoną liczbę podań Barceloną ktoś taki jak Valdez byłby wskazany. widać było i z Osasuną, i szczególnie w rewanżu z Realem, że niewiele potrzeba, aby wymusić błąd Mascherano czy Pique. A Valdez to piłkarz, który potrafi 90 minut zasuwać między stoperami, wywierać na nich nieustanny pressing. Gdyby boczni pomocnicy zagrali wyżej, a Valdez obok (nie za plecami) Soldado, być może goście mieliby więcej sytuacji z kontry. 

Co do gospodarzy, lekką poprawę widać było w grze obronnej, choć prawdę powiedziawszy piłkarze Mauricio Pellegrino nie zmusili gospodarzy do wielkiego wysiłku. Największa bolączka - defensywne stałe fragmenty. Nie wiem z czego to wynika - czy z braku komunikacji, czy z braku centymetrów - ale był to kolejny mecz, w którym rywal największe zagrożenia stwarza po rzutach wolnych czy rożnych. Jest to z pewnością element, nad którym podopieczni Tito Vilanovy wciąż muszą dużo pracować na treningach. Drugi  moim zdaniem problem - gra Leo Messiego. A może nawet nie tyle jego gra, co rola. Oglądając Barcelonę można odnieść wrażenie, że La Pulga ma na boisku całkowicie wolną rękę. Nie dotyczą go żadne wytyczne, żadne ustawienia taktyczne. Czy to plus czy minus? Teoretycznie zależy od tego, jaki dzień ma Argentyńczyk. W praktyce - raczej coraz mniej taka jego rola daje drużynie. Cofając się nieco wstecz, do czasów Samuela Eto'o mam w pamięci ogrom sytuacji, w których dostawał piłkę od Xaviego czy Iniesty na wolne pole. Widziałem masę prostopadłych (co ważne, dokładnych podań) piłek od Hiszpanów do Kameruńczyka. Inna sprawa, że często tych zagrań nie wykorzystywał. Ale to był jego największy plus: potrafił jak mało kto kapitalnie w tempo urwać się obrońcom, miał niesamowitą łatwość w dochodzeniu do "setek". Przeważnie miał ich tyle, że nawet marnując połowę z nich i tak trafiał do siatki. Dlaczego przywołuję przykład obecnego zawodnika Andżi Machaczkała? Ano dlatego, że był to ostatni zawodnik w klubie tego typu. Albo może inaczej - jako ostatni z klasycznych "dziewiątek" w Barcelonie faktycznie pełnił swoją rolę. Po nim ani Zlatan, ani Villa nie grali już typowego wysuniętego napastnika, choć z taką charakterystyką przychodzili do stolicy Katalonii. Nie wnikam w to, ile prawdy jest w historii, jakoby sam Messi zażyczył sobie gry jako środkowy napastnik, a na ile to była suwerenna decyzja Guardioli. 

Rzecz w tym, że dając Messiemu pełną swobodę drużyna wbrew pozorom podwójnie traci - raz, że tym sposobem automatycznie zneutralizowane zostają największe atuty Xaviego i Iniesty, a więc kapitalne prostopadłe piłki. Coraz częściej zauważam, że Xavi zaczął się ograniczać do rozciągania gry, posyłania piłek jedynie do boków. No bo tak: Messiego ciągnie do piłki, zdecydowanie lepiej czuje się z nią niż bez niej, stąd jego częste powroty do drugiej linii, nawet w okolice pozycji Busquetsa. Na środku ataku zostaje więc wielka dziura, bo bardzo rzadko, żeby nie powiedzieć w ogóle, Pedro czy Alexis schodzą na miejsce Argentyńczyka. Przeważnie trzymają się kurczowo skrzydeł i jedynie wymieniają się stronami, co nie przynosi specjalnie wymiernych korzyści. Częściej czyni to Villa, ale wiadomo ile czasu był wyłączony z gry. A wiadomo, że znacznie ciężej rozgrywającemu zagrać prostopadłą piłkę ze środka na skrzydło (choć Xavi nawet w tym meczu jedną taką piłkę był w stanie zagrać - ale to wyjątek potwierdzający regułę wynikający jedynie z geniuszu tego piłkarza). Stąd Xavi (rzadziej Iniesta, który szuka jeszcze indywidualnych akcji) ogranicza się do wspomnianego rozciągania gry i "klepania" w środku boiska z Messim, Iniestą czy Busquetsem. 

Druga kwestia to wspomniany brak tej "klasycznej dziewiątki". Pisałem ile na tej pozycji, przy tak kreatywnych piłkarzach jak Xavi i Iniesta, dawał Eto'o. Z Messim na środku ataku, o czym również wspomniałem, powstaje w tym miejscu często dziura. Rzuca się to w oczy szczególnie przy rozrzucaniu gry do skrzydeł. Wielokrotnie widziałem sytuacje, kiedy piłkę na skrzydle dostaje, dajmy na to Alves, ma bardzo dużo miejsca i czasu, ale po dłuższym przetrzymaniu piłki... cofa ją do tyłu. Bo w polu karnym nie ma nikogo. Messi się cofa, a ani Iniesta, ani tym bardziej Xavi nie są piłkarzami typu Franka Lamparda, Stevena Gerrarda czy nawet Kevina Prince'a Boatenga, którzy kiedy piłka jest na skrzydle natychmiast znajdują się w polu karnym czy jego okolicach. A wystarczyłby ruchliwy napastnik obdarzony sprytem (jakim był właśnie Eto'o) by wiele takich sytuacji kończyło się centrą, która znalazłaby adresata. 

Obecnie nie spodziewam się, by Vilanova wrócił do takiej gry, z Messim bliżej linii bocznej. Niemniej jednak w wielu meczach (choćby Chelsea, Inter z LM) taki powrót mógłby wyjść z korzyścią dla drużyny. Jednak nie ja odpowiadam za taktykę w tym klubie, więc pozostają mi jedynie taki oto suche dywagacje :)