czwartek, 30 sierpnia 2012

Hiszpania: Superpuchar dla Realu

Mimo porażki 2-3 na Camp Nou, Real Madryt zdołał sięgnąć po pierwsze trofeum w nowym sezonie, pokonując na Bernabeu Barcelonę 2-1. Co warte podkreślenia, rewanż wygrał w pełni zasłużenie, a na murawie wreszcie nie trwało polowanie na kości, symulowanie czy wywieranie presji na arbitrze. 



Pierwsza połowa niespodziewanie mogła (i powinna) skończyć się prawdziwym pogromem. Piłkarze Barcelony nie mieli kompletnie pomysłu na rozegranie piłki. Rzadko kiedy piłka znajdowała się w okolicach 20 metra od bramki Los Blancos, nie mówiąc już o jakichkolwiek strzałach w kierunku bramki Casillasa. Równie fatalnie wyglądała ich gra w defensywie. Real, mimo że nie grał nadzwyczaj szybko i błyskotliwie, co kilka minut stwarzał sobie wyśmienite sytuacje do strzelenia gola. A Barca może dziękować Niebiosom (a w zasadzie Valdesowi, choć i on dołożył swoje "trzy grosze" do straconych bramek, i nieskuteczności Królewskich), że na przerwę schodzili przy wyniku 1-2, a nie 1-5. 

Już w 7. minucie po pierwszym (i nie ostatnim) poważnym błędzie w ustawieniu Gerarda Pique świetną okazję po zagraniu Marcelo miał Gonzalo Higuain, jednak jego płaski strzał zdołał nogą odbić bramkarz Barcelony. Zresztą takich błędów w ustawieniu, szczególnie w pierwszej połowie, defensywa Blaugrany odnotowała tyle, że aż ciężko je zliczyć. Dodatkowo brakowało asekuracji i komunikacji. Pique z Mascherano momentami wyglądali jak para trampkarzy, która pierwszy raz w życiu gra ze sobą na stoperze.  Właśnie kiks tego drugiego przyczynił się do utraty pierwszego gola. Piłkę z własnej połowy wybijał Pepe i gdy wydawało się, że Argentyńczyk bez problemu wybije ją, ten zrobił coś, co wydawałoby się jest domeną wyłącznie naszej B klasy. Mianowicie nie trafił w futbolówkę, a na dodatek dał się wyprzedzić swojemu rodakowi, a "Pipita" tym razem nie zmarnował stuprocentowej sytuacji i strzałem między nogami Valdesa dał Madrytczykom prowadzenie.

Nie minęło 10 minut, a drugi ze stoperów Barcelony pokazał, że nie chce być gorszy od Javiera. Sytuacja bardzo podobna do poprzedniej: piłkę z własnej połowy zagrywa Sami Khedira, Pique nie wie, czy zrobić w jej kierunku krok, czy też poczekać na kozioł, jego niezdecydowanie wykorzystuje Ronaldo, który przerzuca sobie piłkę piętą nad Hiszpanem i wychodzi sam na sam z Valdesem. Dlaczego stoper Barcelony zamiast ruszyć za Ronaldo popędził na linię bramkową? Dlaczego VV nie wyszedł z bramki by skrócić kąt? Dlaczego Mascherano wracał początkowo w ślimaczym tempie? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że wszystkie te niuanse pozwoliły Portugalczykowi strzelić bramkę na 2-0, chociaż futbolówkę szczerze mówiąc (wbrew zastanawiającym zachwytom Pana Iwańskiego z TVP nad "cudownych przyjęciem piłki") "zgasił" tak, że została ona za jego plecami. Mimo to miał nadspodziewanie dużo czasu, by ją sobie spokojnie ułożyć do strzału. Strzału, który choć mocny, był chyba jednak do "wyjęcia". 

Wydawać by się mogło - gorzej być nie może. A jednak. Kolejne 10 minut i kolejna zmarnowana "setka" Higuaina, nieuznana bramka Pepe na 3-0 (powtórki pokazały, że delikatnie popchnął Marcherano a ten, w swoim stylu, gdy tylko poczuł ręce rywala na plecach padł na murawę - miał się więc sędzia czym wybronić, aczkolwiek gdyby uznał tą bramkę nikt specjalnie nie mógłby mieć do niego pretensji) i na domiar złego czerwona kartka dla Adriano za faul na wychodzącym na wolne pole Ronaldo. Chwilę później natomiast po trzecim w tym meczu świetnym dograniu Marcelo Khedira uderzył z woleja prosto w ręce Valdesa.

Po wyrzuceniu z boiska Brazylijczyka Vilanova zareagował natychmiast wprowadzając na boisko Martina Montoyę w miejsce Alexisa Sancheza. I paradoksalnie to właśnie ten młody obrońca miał w 37. minucie pierwszą (sic!) okazję na bramkę dla Barcelony. Z lewej strony boiska wzdłuż bramki zagrał Iniesta, jednak ani Messi, ani właśnie Montoya nie sięgnęli piłki. 

Gdy wydawało się, że do przerwy nic już się nie wydarzy, stało się zgoła odmiennie. Do rzutu wolnego z ponad 25 metrów podszedł Leo Messi i pięknych strzałem obok muru po długim rogu trafił do siatki. Sprawdziło się więc po raz kolejny stare porzekadło o niewykorzystanych sytuacjach. Real mógł jeszcze odpowiedzieć, ale ani bomba Ronaldo, ani techniczne uderzenie Di Marii nie przyniosło zmiany rezultatu. 

W drugiej części meczu Real nie forsował tempa widząc korzystny wynik, nieporadność Barcelony i grając z przewagą jednego zawodnika. Piłka - tak trochę w stylu największego rywala - krążyła między defensorami Los Blancos. A Katalończycy, nie mając pomysłu na rozbicie szczelnej defensywy Realu i przebicie się przez zagęszczony środek pola, próbowali szukać swoich okazji grając z kolei... długimi piłkami, a więc tak, jak wiele razy w tym spotkaniu grali Madrytczycy. Pierwszy raz udało się to w 62. minucie i podobnie jak w pierwszym meczu świetnym crossem do Pedro popisał się Mascherano. Hiszpan tak jak wówczas kapitalnie "skleił" futbolówkę, jednak nie posłał jej tym razem do siatki, a prosto w Ikera Casillasa. Jakieś 3 minuty później na indywidualną akcję prawym skrzydłem zdecydował się Pedro, jakimś cudem ograł Ramosa i ostatkiem sił pchnął piłkę prosto w rękawice bramkarza Realu. 

Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Indywidualna akcja... Samiego Khediry, który ograł w niej 4 piłkarzy Barcelony, podsumowała fatalną grę w defensywie i kompletny brak zrozumienia. Tylko dzięki dobrej interwencji Valdesa na tablicy wyników wynik nie uległ zmianie. 

Kwadrans przed końcem kapitalnym podaniem z głębi pola do Jordiego Alby popisał się najlepszy piłkarz świata. Były piłkarz Valencii zdecydował się mijać Casillasa, co skończyło się wybiciem piłki przez obrońców. Chyba lepszym rozwiązaniem w tej sytuacji byłaby próba przerzucenia piłki nad wychodzącym z bramki golkiperem Królewskich. 

Kilka minut po tej akcji odpowiedział Real. Kolejną "patelnię" zmarnował Higuain, uderzając w sytuacji oko w oko z Valdesem w słupek. Niesamowitym była bierność gości w tej akcji. Ani przy podającym Xabim Alonso, ani przy "Pipicie" w promieniu jakichś 2-3 metrów nie było żadnego zawodnika w bordowo-granatowej koszulce. Ostatnie szanse na odwrócenie losów Superpucharu mieli znów Martin Montoya (po świetnym podaniu Messiego) oraz Leo Messi, lecz żaden z nich nie trafił do siatki i trofeum pozostało na Bernabeu. 

Z pewnością żaden kibic Barcelony (w tym ja) w najczarniejszych snach nie widział czegoś takiego, co miało miejsce w pierwszych 45 minutach. Można powiedzieć, że to, co działo się w pierwszym spotkaniu zostało obrócone o 180 stopni. Wówczas to Barca dominowała, a goście zdobyli dwie bramki "z niczego". Tym razem to Real miał mecz pod kontrolą i powinien go wygrać zdecydowanie wyżej, a Barcelona zdobyła bramkę nie mając do przerwy ani jednak dobrej okazji. Trzeba jednak zaznaczyć, że piłkarze ze stolicy mieli sporo więcej sytuacji w rewanżu niż Blaugrana na Camp Nou. Z przekroju dwumeczu Puchar zdobyła drużyna nieco lepsza (przynajmniej pod względem kreowania sytuacji podbramkowych), choć słowa uznania dla graczy z Katalonii za podjęcie walki w drugiej połowie i wyjście z szatni jakby to była inna drużyna niż w pierwszej połowie. Inna sprawa, że Real w drugich 45 minutach bardziej niż na stwarzaniu kolejnych sytuacji starał się kontrolować poczynania Barcelony w ofensywie i skupił się na bezbłędnej grze w obronie. W 100% się to nie udało, aczkolwiek przyniosło pożądany efekt końcowy w postaci Superpucharu. Warta odnotowania jest również atmosfera panująca na murawie. Wreszcie mogliśmy oglądać mecz bez złośliwości, brutalności, awantur, symulacji i dyskusji z sędzią. Mecz, wbrew licznym kartkom, był bardzo czysty, a jego najlepszym podsumowaniem mogą być dwie sytuacje z Pedro: w pierwszej to on pomógł podnieść się z murawy Marcelo, a w drugiej Cristiano Ronaldo wyciągnął dłoń do leżącego na murawie skrzydłowego Barcelony. Niby szczegół, ale jakże ważny przez pryzmat tego, co obserwowaliśmy w wielu wcześniejszych Gran Derbi. Oby jak najwięcej takich obrazków i dobrego futbolu w przyszłości! 





Real Madryt 2:1 FC Barcelona

Bramki: 11' Higuaín, 19' Ronaldo - 45' Messi.

Żółte kartki: Pepe, Arbeloa, Khedira, Alonso - Mascherano, Piqué.

Czerwona kartka: Adriano.

Real Madryt: Casillas; Arbeloa, Pepe, Ramos, Marcelo; Alonso, Khedira; Di María (79' Callejón), Özil (83' Modrić), Cristiano; Higuaín (81' Benzema).

Rezerwowi: Adán, Benzema, Albiol, Modric, Callejón, Lass, Nacho.

Barcelona: Valdés, Alba, Piqué, Mascherano, Adriano; Xavi, Busquets (75' Song), Iniesta, Pedro (82' Tello), Messi, Alexis (33' Montoya).

Rezerwowi: Fábregas, Villa, Pinto, Bartra, Montoya, Alex Song, Tello.


niedziela, 29 lipca 2012

GP Chorwacji: Zwycięstwo Nickiego Pedersena; podium Golloba

Nicki Pedersen triumfował w GP Chorwacji rozegranym na kameralnym obiekcie w Gorican. Na drugim miejscu uplasował się Andreas Jonsson, a na najniższym stopniu podium stanął Tomasz Gollob, który przebudził się po fatalnym początku zawodów. Ostatnie miejsce w finale zajął jadący "na dziko" reprezentant gospodarzy, Jurica Pavlić.




Same zawody nie było porywający widowiskiem. Jak to zazwyczaj bywa na twardych torach, o wszystkim przeważnie decydował start. Jedynie mijanki były spowodowane błędami zawodników (np. Ljung w trzecim biegu, Gollob w czwartym i ósmym czy Lindbaeck w siódmym) bądź dość agresywną jazdą co po niektórych żużlowców (jak Jonsson czy Nicki).

Turniej rozpoczął się fatalnie dla jedynego z naszych reprezentantów, Tomasza Golloba (kontuzjowanego Jarosława Hampela zastępuje Matin Vaculik). Zarówno w pierwszym, jak i drugim swoim starcie na ostatnim wirażu odjechał za daleko od krawężnika, co wykorzystali kolejno Bjerre i Sajfutdinow. Trzeci bieg naszego mistrza również był nieudany, gdyż przywiózł za sobą jedynie Grega Hancocka. Wydawało się, że szanse na półfinał zniknęły. I był to kolejny fatalny występ Mistrza Świata z 2010 roku w ostatnim czasie.

Wszystko diametralnie zmieniło się w czwartej serii. W tejże serii, w czternastym biegu paskudny upadek zaliczył Chris Holder. Australijczyk wpadł w koleinę, ale mimo to próbował utrzymać kontrolę nad motocyklem, co mu się jednak nie udało i skończyło mocnym uderzeniem w kierownicę i upadkiem. Do ostatniej gonitwy już nie przystąpił.

W biegu bezpośrednio po wyścigu z udziałem Holdera mieliśmy okazję zobaczyć takiego Tomasza, do którego przywykliśmy. Co prawda startował z najlepszego pierwszego pola oraz miał bardzo słabych tego dnia rywali (Bjarne Pedersen, Lindbaeck, Ljung), jednak styl jazdy - szeroka jazda niemal pod samą bandą - nareszcie wrócił. Nieco mniej optymistycznie mogliśmy być nastawieni do ostatniego startu Golloba w fazie zasadniczej. Nie dość, że jechał z kiepskiego czwartego pola, to jego rywalami byli nieźli tego dnia Andersen (!) i Crump (nie było po jego jeździe widać złamanego obojczyka) oraz nieprzewidywalny Lindgren. I Polak znów pokazał to, z czego zawsze słynął - kapitalną jazdą "po orbice" zostawił z tyłu wszystkich rywali!!! Tym zwycięstwem zapewnił sobie udział w półfinale, co po tak fatalnym początku było nie lada sukcesem i niespodzianką.

Pierwszy półfinał zakończył się zwycięstwem miejscowego "torreadora" - Juricy Pavlicia. Młody Chorwat w pokonanym polu zostawił samego Nickiego Pedersena oraz Chrisa Harrisa (wreszcie pokazał się z niezłej strony). Wykluczony został Fredka Lindgren.
Drugi, ten ważniejszy dla nas półfinał, patrząc na nazwiska miał nieporównywalnie mocniejszą obsadę. Aktualny wicemistrz (Jonsson) oraz mistrz świata (Hancock) oraz dwóch byłych mistrzów (Gollob, Crump). I znów widzieliśmy popis żużla w wykonaniu legendy (chyba takie stwierdzenie nie będzie nadużyciem) polskiego speedwaya! Kapitalna jazda pod bandą dała nam upragniony, acz nie do końca spodziewany finał!

Tam, poza Pedersenem, Pavliciem i Gollobem, dostał się Andres Jonsson. I to właśnie "AJ" być może pozbawił Polaka zwycięstwa. Nasz rodak, podobnie jak w swoim piątym starcie, jechał spod bandy. Start w wykonaniu Mistrza Świata sprzed dwóch lat był całkiem dobry, lecz Tomasz nie zdołał się założyć na całą stawkę. Dodatkowo lekko w motocykl Polaka uderzył swoim tylnym kołem uderzył Jonsson, co wyrzuciło naszego reprezentanta z optymalnej ścieżki gdzieś pod bandę i zepchnęło na ostatnie miejsce. Na trasie poradził sobie jednak z Pavliciem i wskoczył tym samem na podium. Z przodu natomiast Pedersen nie pozwolił sobie wydrzeć prowadzenia i to właśnie Duńczyk mógł świętować swoje 13. zwycięstwo w turnieju Grand Prix.

Po rozczarowującym początku trzecią lokatę Golloba możemy uznać za duży sukces, tym bardziej, że w ostatnim czasie Tomasz nie imponował wynikami i jazdą. Malutki niedosyt jednak pozostaje po tym, co widzieliśmy w jego wykonaniu od czwartej serii do półfinału. Miejmy nadzieję, że ten występ to dobra wróżba na przyszłość i znak, że Gollob się jeszcze nie kończy. Już dziś przekonamy się podczas derbów Ziemi Lubuskiej na ile tym turniejem polski żużlowiec się odbudował.

piątek, 20 lipca 2012

Dominator Black Edition

Dziś o energetyku, który na rynku jest już od dość dawna, aczkolwiek (przynajmniej w mojej okolicy) coraz trudniej go dostać. Mi szczęśliwie udało się go znaleźć. A czy warto też go spróbować? O tym w dalszej części recenzji.



Na początku pochwalę się, że Dominator produkowany jest u mnie w Dębicy, a dokładniej rzecz biorąc "na obrzeżach" w Nagawczynie przez Olimp Laboratories. Nie wiem tylko, czy użycie czasu teraźniejszego jest adekwatne, gdyż słyszałem plotki, że Olimp ma zamiar wycofać się z rynku energetyków. Nie będę rozważał, czy to dobra decyzja czy nie, natomiast skupię się na samym energy drinku, którego swego czasu (nie wiem jak to jest obecnie) firmował swoim nazwiskiem i osobą sam Mariusz "Pudzian" Pudzianowski.

Jak wspomniałem, obecnie Dominatora (czy to zwykłego, czy Black Edition) bardzo ciężko dostać. Mnie udało się "dorwać" go w Lewiatianie za 2,99 zł, czyli za cenę, jaką przeważnie miał w sklepach. Byłem zaskoczony, gdyż Lewiatana ostatnio odwiedzam dość regularnie i muszę przyznać, że (do wczoraj) z tamtejszych półek zniknął jakiś rok temu, a może i więcej. Dla przypomnienia smaku postanowiłem go kupić. 

I cóż, pamiętając mniej więcej jego smak - w zasadzie klasyczny, zostawiający jednak dość wyraźny, gorzkawy posmak, zapewne związany z podwyższoną ilością kofeiny - muszę stwierdzić, że stał się jakiś "nijaki". Tzn. przez ten rok bądź więcej, odkąd piłem go ostatnio, stracił to, czym się wyróżniał, a o czym napisałem zdanie wcześniej. Owszem, leciutki gorzkawy posmak daje się jeszcze wyczuć, ale nie jest on już tak intensywny i stał się krótkotrwały. Niemniej jednak na pewno nie powiem, że jest niedobry, nie do wypicia. Po prostu obecnie bardzo upodobnił się do większości energetyków dostępnych na polskim rynku. 

A teraz coś o tym, o czym powinno być wcześniej, czyli słówko o składzie: jak wspomniałem w puszce znajduje się podwyższona zawartość kofeiny. A jest to 56mg/100ml, nie standardowe 32mg/100ml. Ciekawostką jest napis na puszcze: "spożywać 125 ml (pół puszki) dziennie". Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by wypić jedynie połowę puszki, a pozostałe 125 ml, już otwartej "puchy" zachować do dnia jutrzejszego... W Dominatorze Black Edition możemy również znaleźć m.in. syrop glukozowo-fruktozowy czy glukuronolakton. Z pozostałych składników nie ma w zasadzie nic, czym różniłby się specjalnie od innych energizerów. Jako, że to produkt z mojego miasta, chcąc nie chcąc (zdecydowanie jednak to pierwsze) muszę go wszystkim polecić :) Dla pobudzenia, dla smaku, jak i dla kolekcjonera takowych puszek :)


niedziela, 15 lipca 2012

DPŚ: Duńczycy z Pucharem Ove Fundina!

Reprezentacja Danii po zaciętej walce i momentami pozbawionej ducha sportowej rywalizacji końcówce, zwyciężyła na torze w szwedzkiej Malilli w finale DPŚ. Drugie miejsce przypadło Australijczykom, trzecie - wyrwane w ostatniej serii - reprezentacji Rosji, a ostatnie gospodarzom. W finale zabrakło naszej ekipy, ale kto oglądał ten turniej nie powinien narzekać.




Jeszcze kilka godzin przed planowaną godziną rozpoczęcia zawodów nikt nie miał pojęcia, czy w ogóle się one odbędą. W sobotę nad stadionem przeszła potężna ulewa. Tor udało się jednak doprowadzić do stanu używalności i turniej rozpoczął się bez opóźnienia. Aura jednak nie dawała za wygraną i niemal równo z pierwszą gonitwą nadeszły kolejne opady.

Pierwszy bieg pokazał, że tor jest ciężki i łatwo na nim o błąd. Co prawda Chris Holder nie miał problemów i od startu do mety bezpiecznie jechał po 3 punkty, jednak będący za nim Thomas Jonasson miał problemy z opanowaniem swojego motocykla, co niemal skończyło się jego upadkiem. Skorzystali z tego Sajfutdinov oraz Iversen. Chwilę później problemy z wykontrowaniem maszyny miał świetny przecież Rosjanin i został łatwo objechany przez "Puka". Kolejny bieg bez emocji. Łatwe zwycięstwo Nickiego Pedersena. Za nim jedynie przez chwilę na drugą lokatę Grigorija Łaguty naciskał Davey Watt. Trzecia gonitwa również nie rozbudziła kibiców. Mimo dobrego startu Lindgrena problemów ze zwycięstwem nie miał Crump. Szwed został jeszcze "połknięty" przez Michaela Jepsena Jensena. Bieg numer cztery udało się rozegrać dopiero za trzecim podejściem z powodu dwóch "kradzionych startów" Artioma Łaguty. Ostatecznie bezapelacyjnie wygrał Andreas Jonsson, a Rosjanin zameldował się na mecie daleko za Darcy'm Wardem oraz najmłodszym uczestnikiem turnieju, niespełna 18-letnim Mikkelem B. Jensenem.

Klasyfikacja po 1. serii:
1. Australia 9 pkt
2. Dania 8 pkt
3. Szwecja 4 pkt
4. Rosja 3 pkt

Druga seria rozpoczęła się od drugiego łatwego zwycięstwa Crumpa. Z tyłu o jeden punkt zaciekle walczył Jonasson, ale nie dał rady starszemu z braci Łaguta. Bieg szósty to wreszcie namiastka wielkiego ścigania. Świetną walkę o dwa oczka stoczyli Ward z Emilem. Górą był Australijczyk. Na pierwszym łuku upadł Peter Ljung, na szczęście szybko pozbierał się z toru. W biegu siódmym podobnie jak w swoim pierwszym starcie spod taśmy świetnie wyszedł Lindgren, jednak wpadł w koleinę i szybko przemknęli obok niego Pedersen i Holder. W ostatnim biegu tej serii z jokera korzystają Szwedzi. Jonsson jedzie sam za siebie i nie daje rywalom szans.Na ostatnim okrążeniu niegroźny upadek notuje Roman Powazhny. 

Klasyfikacja po 2. serii:
1. Dania 18 pkt
2. Australia 17 pkt
3. Szwecja 11 pkt
4. Rosja 5 pkt

W trzeciej serii Rosjanie zastosowali rezerwę taktyczną. Za Powazhnego pojechał Grigorij Łaguta. Zmiana ta okazała się nieudana, gdyż po przegranej walce z Pedersenem o jeden punkt Grisza zjechał z toru. W biegu dziesiątym Iversen jako pierwszy pokonuje Crumpa. Za nimi jeden punkt Ljungowi odbiera Artiom Łaguta. Kolejna gonitwa zakończyła się pierwszym zwycięstwem Rosjan, a konkretnie Emila, choć początkowo ostro naciskał go "Fredka". Z tyłu skutecznie o jedno oczko z Wattem walczył ambitny B. Jensen. Dwunasty bieg dostarczył kibicom dużo wrażeń. Z przodu niezagrożony do mety gnał Holder. Za nim natomiast zawodnicy tasowali się. Świetny speedway pokazał Grigorij Łaguta. Jadąc ostatni zdecydował się na atak przy krawężniku, mijając w ten sposób zaskoczonego Jonssona, który spadł na ostatnie miejsce. Sytuację wykorzystał Jepsen Jensen, jednak i z nim Grisza szybko się uporał. Na ostatniej prostej Duńczyk minął Rosjanina i gdy wydawało się, że tak zakończy się ten bieg, kolejny zdecydowany atak przy krawężniku na ostatnim wirażu wykonał żużlowiec Włókniarza Częstochowa i tym manewrem wpadł na metę na drugiej pozycji. 

Klasyfikacja po 3. serii:
1. Dania 24 pkt
1. Australia 24 pkt
3. Szwecja 16 pkt
4. Rosja 11 pkt

Na początek czwartej serii znów oglądaliśmy dobry bieg, przypominający poprzednią gonitwę. Z rezerwy taktyczne za Ljunga jedzie Lindgren. Na ostatniej prostej B. Jensen mija Szweda, który odpowiada skutecznym atakiem przy krawężniku na ostatnim wirażu wygrywając o pół motocykla. Za nimi niespodziewanie Holder tasuje się z Powazhnym i szczęśliwie wygrywa ten pojedynek. W czternastej odsłonie swój drugi bieg w tym turnieju wygrywa ten, który w przekroju całej tegorocznej edycji DPŚ spisał się fantastycznie, a więc Michael Jepsen Jensen. Za nim dwa punkciki dowozi Artiom Łaguta, a niezłą walkę o punkt stoczył Jonasson z Wattem. Górą był doświadczony Australijczyk. W przedostatniej gonitwie w tej serii obejrzeliśmy ciekawą walkę na pierwszym łuku. Wyraźnie z tyłu został Grigorij Łaguta. Wydawało się, że jego manewr ze ścięciem do "małej" okaże się skuteczny, jednak wylądował na niekorzystnej ścieżce i ponownie spadł na ostatnie miejsce. Na dystansie kolejny raz Lindgren daje się objechać, tym razem Iversenowi. W piętnastym biegu kapitalnie przed atakami Nickiego bronił się Sajfutdinow. Duńczyk widząc, że nie uda mu się zdobyć trzech punktów tuż przed metą puścił gaz i przepuścił przed siebie Crumpa. Manewr ten miał na celu uniemożliwienie Australijczykom skorzystania z jokera, którego mogliby wystawić, gdyby Jason przyjechał za "Powerem".

Klasyfikacja po 4 serii:
1. Dania 33 pkt
2. Australia 29 pkt
3.Szwecja 21 pkt
4. Rosja 16 pkt

Pierwszy bieg ostatniej serii przyniósł wiele emocji: najpierw sportowych, później niestety tych pozasportowych... Do tej gonitwy Emil wyjechał za Romana Powazhnego jako joker i przez całe cztery okrążenia toczył świetną, zaciekłą walkę o zwycięstwo z B. Jensenem. Jednak na ostatniej prostej Duńczyk obejrzał się za siebie i wyraźnie zwolnił chcąc przepuścić przed siebie Davey'ego Watta. Ten, widząc co się święci zrobił to samo i dał się minąć Peterowi Ljungowi. Cel Duńczyków był oczywisty - zablokowanie australijskiego jokera. Kangury odpowiedziały im jednak tą samą bronią. I tym sposobem w siedemnastej gonitwie za Darcy'ego Warda pojechał Chris Holder. Po starcie bieg nie układał się najgorzej dla Duńczyków. Co prawda prowadził Holder, ale za jego plecami jechał Pedersen. Z tyłu jednak Jonasson zahaczył o motocykl Artioma Łaguty, co skończyło się upadkiem i wykluczeniem Szweda. W powtórce świetnie spod taśmy wyszedł Rosjanin, lecz dał się objechać "Chrispy'emu". Nicki natomiast nie poradził sobie z zawodnikiem bydgoskiej Polonii i tym samem Australijczycy odrobili 4 punkty. I na dwa biegi przed końcem zawodów przewaga Skandynawów wynosiła już tylko punkt, a Rosjanie przeskoczyli Szwedów i mieli zapas dwóch punktów! Dziewiętnasty bieg przyniósł jedno rozstrzygnięcie: zwycięstwo Grigorija Łaguty i ostatnia lokata Lingrena zapewniła Rosjanom dość niespodziewane (przynajmniej z przebiegu zawodów) trzecie miejsce. Nadal jednak nie znaliśmy tryumfatora całych zawodów, choć o krok do tego zbliżyli się Duńczycy, gdyż Jepsen Jensen pokonując Holdera powiększył przewagę nad Kagurami o punkt. W ostatnim biegu więc wszystkie oczy były zwrócone na Iversena i Crumpa, ale znów wielką klasę pokazał Emil Sajfutdinov, wygrywając swój czwarty bieg z rzędu. Za nim dojechał lider wielkich przegranych, czyli Andreas Jonsson. O punkt Crump walczył zaciekle z "Pukiem", jednak nie zdołał mu go wydrzeć i to Duńczycy mogli świętować zdobycie trofeum imienia Ove Fundina!

Końcowa kolejność:

Dania: 39
1. Nicki Pedersen (3,3,1,1,1) 9
2. Niels K Iversen (2,2,3,3,1) 11
3. Michael J Jensen (2,3,1,3,2) 11
4. Mikkel B Jensen (1,2,1,2,2) 8
   
Australia: 36
1. Jason Crump (3,3,2,2,0) 10
2. Darcy Ward (2,2,2,1,-) 7
3. Davey Watt (1,1,0,1,0) 3
4. Chris Holder (3,2,3,1,6!,1) 16

Rosja: 30
1. Emil Sayfutdinov (1,1,3,3,6!,3) 17
2. Grigory Laguta (2,1,d,2,d,3) 8
3. Artem Laguta (0,0,1,2,2) 5
4. Roman Povazhny (0,u,0,-) 0

Szwecja: 24
1. Andreas Jonsson (3,6!,0,0,2) 11
2. Fredrik Lindgren (1,1,2,3,2,0) 9
3. Peter Ljung (0,d,0,1) 1
4. Tomas H Jonasson (0,0,3,0,w) 3

Cieniem na sukcesie Duńczyków kładzie się bez wątpienia "manewr taktyczny" Nickiego Pedersena i później próba jego skopiowania przez Mikkela B. Jensena. To z całą pewnością było zagranie nie fair i miejmy nadzieję, że światowa federacja żużlowa wyciągnie jakieś wnioski z takich nieczystych zagrywek. Za swoje zachowanie wstydzić powinien się również Chris Holder. Plując w kamerę pokazał jedynie swoje chamstwo i arogancję, a na pewno nie sportowa złość. I takiej bezczelności nic nie tłumaczy.

Przechodząc do spraw czysto sportowych: mamy teraz swoiste pocieszenie, że w barażu przegraliśmy z mistrzami świata tylko 4 punktami, jadąc w dodatku przetrzebionym przez kontuzje składem. Jednak myślę, że nie ma co na siłę szukać usprawiedliwienia, a zwyczajnie wyciągnąć wnioski z naszego występu. Przykład Duńczyków pokazuje, że warto stawiać na młodych, spragnionych sukcesu zawodników. Po części udowodnił to u nas Maciek Janowski, a także trochę starszy Krzysiu Buczkowski. Różnica jest jednak taka, że na nich nikt nie wywiera tak ogromnej presji jaka panowała i panuje w naszym kraju. U nas oczekiwanie, choćby ze względu na mnogość ostatnich sukcesów, zawsze są duże. I zawodnicy muszą nauczyć się z tym radzić. A to nie zawsze przychodzi lekką ręką. 

Duńczycy wygrali zasłużenie. Pokazali, że mimo dwójki niedoświadczonych żużlowców mieli najrówniejszą kadrę. Drużynie pomogła również zmiana słabego w barażu Leona Madsena na najmłodszego w stawce Mikkela B. Jensena. Australijczycy poprzez konflikt Crumpa z Ryanem Sullivanem znów nie mogli wystawić optymalnego składu. Może w przyszłym roku trener Mark Lemon postara się załagodzić konflikt między tymi dwoma wybitnymi zawodnikami, co wyszłoby z pewnością na dobre australijskiej drużynie. Poza tym być może gdyby w miejsce Davey'ego Watta pojechał Troy Batchelor, żużlowcy z Antypodów świętowaliby tytuł. W drużynie Rosyjskiej kapitalnie pojechał Emil Sajfutdinov. Można mu zarzucić, że zawalił pierwsze dwa biegi, jednak to przecież głównie dzięki niemu Rosjanie zdołali na ostatniej prostej wyprzedzić Szwedów i zgarnąć brązowe medale. Po Romanie Powazhnym nikt cudów się nie spodziewał, aczkolwiek gdyby i on, i Artiom Łaguta dorzucili po 2-3 punkty więcej - a stać ich na to - Rosjanie mogliby powalczyć nawet o złoto. Na pewno też więcej od siebie mógł dać Grigorij Łaguta. Momentami wydawało się, że to nie ten sam zawodnik, tak proste błędy popełniał. O Szwedach nie można powiedzieć nic dobrego. Na całej linii zawiódł Peter Ljung, niewiele więcej pokazał Thomas H. Jonasson. Nawet liderzy, Andreas Jonsson i Fredrik Lindgren w niektórych wyścigach wyglądali jak dzieci we mgle. Na pewno kibice Trzech Koron więcej od nich oczekiwali. 

I tak DPŚ dobiegł końca. Nie zakończył się tak, jak oczekiwaliśmy, ale mimo to pozostajemy dobrej myśli na przyszły sezon. A już dziś wracamy do rozgrywek ligowych. Zobaczymy, jak bohaterowie wczorajszych zawodów wrócą przygotowani na polskie stadiony. Oby emocji nie brakowało!

piątek, 13 lipca 2012

DPŚ: koniec marzeń o złocie

Wczorajszego barażu Drużynowego Pucharu Świata w Mallili nie będziemy wspominać dobrze. Po fatalnym początku zawodów Polska reprezentacja nie była w stanie odrobić strat i zajęła drugie miejsce za ekipą Danii, a przed Wielką Brytanią i Czechami. Po paśmie sukcesów przyszło nam więc przełknąć gorzką pigułkę.



W składzie Polaków w porównaniu do półfinału w Bydgoszczy zaszła jedna, spodziewana zresztą zmiana - najsłabszego w naszej ekipie Grzegorza Walaska zastąpił Krzysztof Buczkowski. Do składu reprezentacji Danii powrócił natomiast Nicki Pedersen w miejsce Mikkela B. Jensena. 

Zawody zaczęły się wręcz katastrofalnie. W pierwszym biegu doszło do kontaktu Iversena z Gollobem. Polak upadł, jednak sędzie nie widział w tym winy Duńczyka i wykluczył Mistrza Świata z 2010 roku. W powtórce Iversen niezagrożony dowiózł 3 punkty. Do kolejnego upadku doszło już w kolejnym biegu, kiedy na wejściu w pierwszy wiraż obróciło Madsena i tym razem Duńczycy mogli w programie dopisać przy swoim zawodniku "w". W zasadzie niezagrożony wygrał niespodziewanie Josef Franc, a Protasiewicz musiał się sporo natrudzić aby na dystansie minąć Nichollsa. Trzeci bieg i kolejny upadek - tym razem leży Ales Dryml. Kolejność ustalona już na starcie: Pedersen, przed Kingiem i Buczkowskim. Czwarta gonitwa przyniosła sporo emocji. Świetnie spod taśmy ruszył Janowski, jednak wybrał złą ścieżkę i już na wyjściu z pierwszego łuku jechał z tyłu. Na trasie zdołał jedynie wyprzedzić Lukasa Drymla. Z przodu natomiast świetną walkę stoczyli Jensen z Harrisem zakończoną zwycięstwem młodego Duńczyka.

I tak po pierwszej serii mieliśmy już 5 punktów straty do Danii, trzy do Wielkiej Brytanii, a tyle samo oczek co Czesi. Konia z rzędem temu, kto przewidział taki początek zawodów. Niestety druga seria nie przyniosła przebudzenia i czego nikt się nie spodziewał wciąż pozostawaliśmy bez biegowego zwycięstwa (!). Najbardziej niepokoić mogła postawa Tomka Golloba, który nawet nie podjął walki z Danielem Kingiem i po swoich dwóch biegach wciąż miał na koncie zero punktów. Co gorsza dla naszej reprezentacji z jokera skorzystali Brytyjczycy i wykorzystali go w stu procentach, wygrywając za 6 punktów bieg ósmy.

Po drugiej serii sytuacja przedstawiała się dramatycznie: z 9 oczkami wyprzedzaliśmy tylko o punkt Czechów, a traciliśmy aż 7 do Wielkiej Brytanii i 9 do Danii. Nadzieja gasła w oczach. Przywrócił ją nieco Krzysztof Buczkowski zwyciężając w dobrym stylu w dziewiątej gonitwie. Jensen sporo namęczył się z Nichollsem. Duńczycy za sprawą Nickiego Pedersena natychmiast odrobili ten punkt. Po odjechaniu od krawężnika Janowskiego "Power" ostro wcisnął się Maćkowi pod łokieć, co omal nie skończyło się upadkiem. Swoje drugie zwycięstwo zanotował jednak Woffinden. Ostatnie dwa biegi w trzeciej serii to popis Tomasza Golloba: w jedenastej gonitwie wygrał bezapelacyjnie zostawiając daleko za sobą Harrisa i Madsena. Decyzja Marka Cieślaka była natychmiastowa - joker. I Gollob jadąc bieg po biegu przywiózł 6 punktów dla naszej reprezentacji! Za jego plecami przyjechał Iversen, który musiał się sporo namęczyć z Lukasem Drymlem.

I tym sposobem wróciliśmy do gry. Dania co prawda z 25 punktami wciąż prowadziła, jednak tylko trzy oczka za plecami Skandynawów plasowali się Brytyjczycy i nasza reprezentacja. Z 9 punktami daleko z tyłu zostali Czesi. W czwartej serii niewiele się zmieniło. Najpierw "Puk" ograł Buczkowskiego, jednak ten punkt w kolejnym biegu odrobił Janowski pokonując słabego dziś Madsena. Niespodziankę znów sprawił Josef Franc wygrywając jako joker. Niestety kolejny bieg to znów rozczarowująca postawa Piotra Protasiewicza, który przyjechał nie tylko za plecami Michaela J. Jepsena, ale i Taia Woffindena. Na zakończenie przedostatniej serii wielką klasę znów pokazał Tomasz Gollob przywożąc za sobą Pedersena. 

Przed ostatnimi czterema gonitwami wciąż byliśmy w trudnej sytuacji: nasza strata powiększyła się o punkt. Pozytyw był taki, że odskoczyliśmy od Brytyjczyków. Bardzo dużo zależało od postawy Piotra Protasiewicza w biegu z najsłabszym w ekipie duńskiej Leonem Madsenem. Niestety "Pepe" nie podołał zadaniu. Straciliśmy kolejny punkt do Duńczyków, co praktycznie pozbawiało nas złudzeń. Bieg wygrał natomiast niespodziewanie słaby tego dnia Ales Dryml, lider Czechów w półfinale w King's Lynn. Osiemnasty bieg to zwycięstwo Chrisa Harrisa, przed Pedersenem, Janowskim i Kusem, a co za tym idzie powiększenie przewagi przez Duńczyków do 6 punktów. W tej sytuacji tylko dwa nasze zwycięstwa przy dwóch zerach Duńczyków ostatnich dwóch gonitwach dawały nam bieg dodatkowy. Biorąc jednak pod uwagę formę Pedersena i spółki tego dnia, ciężko było oczekiwać takiego obrotu sprawy. I o ile pierwszy warunek się spełnił (swoje biegi wygrali Buczkowski oraz Gollob), to dwa oczka Iversena w przedostatnim biegu zawodów zapewniły Skandynawom awans do finału. 

Końcowa klasyfikacja:

Dania: 42
1. Nicki Pedersen (3,3,2,2,2) 12
2. 
Michael Jepsen Jensen (3,3,2,3,2) 13
3. Leon Madsen (w,0,1,1,2) 4
4. Niels Kristian Iversen (3,3,2,3,2) 13


Polska: 38
1. Tomasz Gollob (w,0,3,6!,3,3) 15
2. Piotr Protasiewicz (2,1,-,1,1) 5
3. Maciej Janowski (1,2,1,2,1) 7
4. Krzysztof Buczkowski (1,2,3,2,3) 11


Wielka Brytania: 30
1. Scott Nicholls (1,d,1,0,d) 2
2. Tai Woffinden (2,6!,3,2,1) 14
3. Daniel King (2,1,0,0) 3
4. Chris Harris (2,2,2,1,3,1) 11
Czechy: 19
1. Lukas Dryml (0,1,1,1) 3
2. Ales Dryml (u,1,t,0,3) 4
3. Josef Franc (3,2,0,0,6!,0) 11
4. Matej Kus (1,0,0,0) 1


Mimo słabego punktu, jakim bez wątpienia był Leon Madsen, świetna jazda pozostałej trójki zapewniła Duńczykom awans do turnieju finałowego. Można gdybać co by było, gdyby w półfinale zamiast Grzegorza Walaska pojechał Krzysztof Buczkowski, ale biorąc pod uwagę dyspozycję ligową "Grega" trener Marek Cieślak może się z tej decyzji wytłumaczyć. Zresztą czasu się cofnąć nie da. Dziś zawiódł Piotr Protasiewicz, który wygrywał jedynie z Nichollsem i słabymi Czechami. Poniżej możliwości pojechał również Maciej Janowski. Do niego z racji wieku aż takich pretensji mieć nie możemy, choć skoro młody Jepsen Jensen potrafił zdobyć 13 punktów...

Bardzo dobrze wypadł natomiast Krzysztof Buczkowski 11 oczek w debiucie w kadrze, w tym dwa bardzo cenne biegowe zwycięstwa - chyba więcej od niego wymagać nie mogliśmy.
Nie mamy też prawa mieć pretensji do Tomasza Golloba. Co prawda nie wyszły mu dwa pierwsze biegi (a w zasadzie jeden, bo w pierwszym jechał do upadku równo z Iversenem), ale później pokazał swoją wielką klasę ciągnąc wózek z napisem "reprezentacja Polski". Ciężko sobie wyobrazić naszą ekipę bez niego. A zapewne niebawem trzeba będzie...

Cóż, nie ma nas już w DPŚ. Trzeba się z tym pogodzić. Swoje zrobiły kontuzje (Hampel, Kołodziej, Dudek), ale chyba też akurat w tej dyscyplinie byliśmy zbyt rozpieszczeni sukcesami i niejako z automatu wymagaliśmy ich również teraz. A na zwycięstwa nikt nie ma patentu. Pamiętając o tym czekamy do następnego roku, gdzie z głodem sukcesu nie powinien się powtórzyć podobny wynik.

czwartek, 12 lipca 2012

EURO 2012 - Podsumowanie cz. 2

Co prawda od finału polsko-ukraińskiego turnieju minęło już sporo czasu, ale skoro pojawiła się pierwsza część podsumowania, to powinna pojawić się i druga. Tak też postanowiłem uczynić i dziś przeanalizujemy ćwierćfinały, półfinały oraz wielki finał.



Pierwszy z meczów 1/4 finału odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Niespodziewani (przynajmniej po pierwszej kolejce grupowej) zwycięzcy grupy "polskiej", Czesi, podejmowali drugi zespół z grupy B, a więc Portugalię. Piłkarze Paulo Bento przed Mistrzostwami spisywali się fatalnie, nie wygrywając w tym roku ani jednego spotkania. Wydawało się, że poza ich zasięgiem będą zarówno Niemcy, jak i Holendrzy, a i mogą mieć kłopoty z Duńczykami, którzy zostawili ich za plecami w eliminacjach. 

Był to jednak mecz bez historii. Czesi nie byli w stanie stworzyć sobie żadnej klarownej sytuacji. Z każdą minutą przewaga Portugalczyków rosła. Dopięli oni swego na niecałe 10 minut przed końcem spotkania, gdy dośrodkowanie z prawej strony wykorzystał Ronaldo i mocnym strzałem głową po koźle zapewnił Portugalii półfinał.

Następnego dnia z mistrzostwami żegnał się Gdańsk, który został areną meczu pomiędzy Niemcami a Grecją. Tu również mecz toczył się do jednej bramki. Przewagę naszych zachodnich sąsiadów dopiero w 39. minucie udokumentował strzałem z dystansu Philipp Lahm. Niewiele po rozpoczęciu drugiej połowy szybki i jeden z nielicznych kontrataków Hellady zakończył się bramką Samarasa. Wtedy to zapachniało sensacją. Odpowiedź Niemców była jednak błyskawiczna - w 15 minut strzelili 3 bramki (kolejno Khedira, Klose, Reus) czym pokazali, że są głównym faworytem do końcowego tryumfu. Na otarcie łez w samej końcówce bramkę z nieco kontrowersyjnego rzutu karnego zdobył Salpingidis.

23 czerwca w trzecim ćwierćfinale Hiszpanie zmierzyli się z Francją. Zapowiadano to spotkanie jako hit 1/4, jednak nic takiego nie miało miejsca. Mecz był nudny i zaskakująco jednostronny, choć Hiszpanie po raz kolejny nie pokazali wielkiego futbolu, jedynie wyrachowanie i pokazali, jak zwyciężać najmniejszym nakładem sił.  Po dwóch trafieniach Xabiego Alonso (w tym jedna bramka z karnego) La Roja mogła już myśleć o półfinale z Portugalią. 

Chyba najlepszy z ćwierćfinałów, a na pewno najbardziej emocjonujący, mogliśmy obejrzeć w Kijowie, gdzie Włosi podejmowali Anglików. Obie strony stworzyły w tym meczu spoko świetnych okazji bramkowych, jednak ani Hart, ani Buffon nie dali się pokonać nie tylko przez 90, ale i 120 minut. Z przebiegu meczu to jednak Włosi zasłużyli na awans. Dłużej utrzymywali się przy piłce, każda akcja była przemyślana, oddali ogromną ilość strzałów, bo aż 35 (z czego 20 celnych!), z czego szczęśliwie dla Anglików dwa uderzenia zatrzymały się na słupku.

Jednak sprawiedliwości stało się zadość i Italia wygrywając w serii jedenastek 4-2 została ostatnim półfinalistą Euro 2012.

27 czerwca w Doniecku na przeciwko siebie stanęły drużyny Hiszpanii i Portugalii. Hiszpanie zawodzili w zasadzie przez cały turniej (wyjątkiem był mecz z najsłabszą chyba na tym turnieju Irlandią) i nie inaczej było w półfinale. Dość powiedzieć, że przez 90 minut zdołali oddać tylko jeden celny strzał! Jednak Portugalczycy, mimo większych chęci, zrobili niewiele więcej by rozstrzygnąć ten mecz w regulaminowym czasie. Dogrywka to już dość wyraźna przewaga Hiszpanii, która nie została udokumentowana golem, a świetną okazję do tego zmarnował Andres Iniesta.

Doszło więc do rzutów karnych, które zmarnowali Joao Moutinho i Bruno Alves po stronie portugalskiej oraz Xabi Alonso po stronie hiszpańskiej. Decydującego karnego wykorzystał Cesc Fabregas i cała Hiszpania mogła świętować kolejny finał wielkiego turnieju. 

Do wielkiej niespodzianki - bo chyba tak to trzeba nazwać - doszło w Warszawie, gdzie Włosi pokonali Niemców 2-1. Co ważne, zwyciężyli zasłużenie, a świetny mecz rozegrał wreszcie ten, który był największą nadzieją całej Italii - Mario Balotelli, strzelec obu bramek. Honorową bramkę dla naszych zachodnich sąsiadów zdobył z rzutu karnego w doliczonym czasie Mesut Oezil. 

1 lipca w Kijowie meczem Włochów z Hiszpanią zakończył się ten turniej - turniej udany tak od strony organizacyjnej, jak i sportowej. Biorąc pod uwagę formę obu drużyn w przeciągu całego turnieju oraz wynik ze spotkania w grupie pomiędzy tymi zespołami, ciężko było wskazać faworyta. Wyklarował się on jednak od samego początku spotkania. Wreszcie zobaczyliśmy Hiszpanię, która nie wymienia bezproduktywnie piłki na środku boiska, tylko robi z jej posiadania pożytek. Mimo, że znów Vicente del Bosque zdecydował się na grę bez napastnika (tzn. z Fabregasem na szpicy) wreszcie Hiszpanie wykorzystywali swoją najgroźniejszą broń, jaką z pewnością są zaskakujące prostopadłe piłki z głębi pola. Tak padły wszystkie bramki w tym spotkaniu, które zdobyli kolejno: Silva, Alba, Torres oraz Mata. Kapitalne spotkanie rozegrał wreszcie Xavi, autor dwóch asyst, który w tym spotkaniu całkowicie przyćmił znacznie lepszego dotąd Andreę Pirlo. I co warte wspomnienia, po raz pierwszy od bardzo dawna posiadanie piłki w meczu La Roja rozkładało się niemal pół na pół. Można z tego wyciągnąć dwa wnioski: po pierwsze, że Włosi musieli grać wysoko, skutecznym pressingiem będąc samemu przy tym skutecznym w graniu piłką, a po drugie tak jak wspomniałem, Hiszpania zastosowała się tym razem do powiedzenia: "ważniejszy od posiadania piłki jest sposób jej rozegrania". Podkreślmy, że Włosi nie zasłużyli na tak wysoki wymiar kary, a w dodatku grali w osłabieniu z powodu kontuzji Thiago Motty, którego z powodu wykorzystania limitu zmian nikt nie mógł zastąpić.

W meczach rundy pucharowej nie padło bardzo dużo goli (choć 4 bramki w finale i 6 w meczu Niemców z Grecją temu przeczy), ale to zrozumiałe. Na tym etapie każdy błąd kosztuje dwa razy więcej, więc każda drużyna się ich wystrzega w pierwszej kolejności. Wśród tych siedmiu spotkań największą niespodzianką wydaje się porażka Niemców z Włochami. Największym zaskoczeniem - swego rodzaju na pewno postawa Włochów i Portugalii. Królem strzelców został Fernando Torres - tak krytykowany przed turniejem (choć trzeba zaznaczyć, że 3 trafienia miało na koncie kilku piłkarzy), a najlepszym piłkarzem Andres Iniesta. Czy słusznie? Wiadomym było, że ten tytuł trafi w ręce piłkarza mistrzowskiej drużyny. Rzadko takie wyróżnienia przyznaje się piłkarzom formacji defensywnych, co automatycznie eliminowało Casillasa, Ramosa, Pique czy Albę. Wielkiego turnieju nie rozegrał ani Xavi, ani Silva (choć ten drugi imponował statystykami), Torres grał za mało, więc padło na piłkarza Barcelony. O co zresztą nie można mieć pretensji, bo w zasadzie w każdym meczu starał się napędzać grę Hiszpanów, będąc ich najbardziej kreatywnym zawodnikiem. 

Turniej nie przyniósł wielkich niespodzianek, choć z pewnością nas rozczarowała postawa i odpadnięcie już w grupie reprezentacji Polski. Hiszpanie zostali pierwszą drużyną, która wygrała trzy wielkie turnieje z rzędu (ME 2008, MŚ 2010, ME 2012) i na polskich i ukraińskich stadionach przeszli do historii. Nam pozostaje czekać, aż również i my zapiszemy się złotymi zgłoskami na kartach historii. Miejmy nadzieję, że tego doczekamy.

wtorek, 10 lipca 2012

PeppCola - recenzja

Napój, który mam zamiar poddać wnikliwej analizie nie zalicza się co prawda do kategorii energy drinków, niemniej jednak nie mogłem nie poświęcić mu miejsca. A to wszystko z powodu... O tym powodzie przeczytacie w dalszej części recenzji.






Napój ten, czyli widoczny na zdjęciu oraz wspomniany w tytule, to PeppCola. Jak nazwa sugeruje mamy do czynienia z kolejną imitacją kultowej Coca Coli. Produkt ten, dla "niewtajemniczonych", dostępny jest w Lidlu. Każdy, kto odwiedza tą sieciówkę i kupuje tam energy drinki z pewnością by się tego domyślił z racji napisu "Siti", który pojawia się również na litrowych butelkach energetyka "made in Lidl". Cena? 1,49 zł za litr tego napoju to cena - mówiąc wprost - śmiesznie niska. Sugeruje, że napój jest niewiele wart. A czy faktycznie to prawda o tym nieco później...


Miałem z PeppColą ciekawą przygodę. Otóż przez pewien czas nie kupowałem tego napoju głównie z tego względu, że do Lidla mi nijak nie po drodze. Jednak około pół roku temu przypomniałem sobie o nim i wybrałem się, aby nabyć go u siebie w Dębicy. Nic z tego nie wyszło, gdyż zastałem jedynie jego wersję "light". Z czystej ciekawości sprawdziłem dwa rzeszowskie Lidle i tam również spotkało mnie takie samo rozczarowanie. W końcu zdeterminowany wypełniłem znajdujący się na stronie lidl.pl formularz kontaktowy wysyłając pytanie o omawiany produkt. Za pierwszym razem odpowiedzi nie otrzymałem. Udało się za drugim podejście. Otóż, ku mojemu zdziwieniu, napój ten obecnie znajduje się... w części z alkoholami! Troszkę to dla mnie dziwne biorąc pod uwagę, że jego "bezcukrowy brat" znajduje się w zupełnie innej części sklepu.

Tyle dygresji, czas przejść do sedna. Charakterystyczne dla PeppColi jest już... otwarcie. Otóż przy odkręcaniu zakrętki nie usłyszymy jak w przypadku innych napojów gazowanych syku powoli uciekającego powietrza, ale jedno głośne huknięcie. Wiem, nie jest to coś godnego uwagi, lecz rzuciło mi się w oczy (a w zasadzie w uszy) i postanowiłem o tym wspomnieć.

A propos gazu... Ilość dwutlenku węgla w butelce jest znikoma. Już przy drugim, trzecim łyku mamy wrażenie, że wszelaki gaz "uciekł" i napój staje się nieco lurowaty. To z pewnością największa wada PeppColi.


Jeśli chodzi o skład: nie porównywałem go ani z Pepsi, ani z Coca Colą, ani z żadnym innym napojem o smaku coli. To nie moja broszka, więc nie będę się w to zagłębiał. Wypiszę jednak co poza składnikami oczywistymi (woda, cukier, CO2) wchodzi w jej skład, a są to: kwas fosforowy, barwnik E 150d, naturalne aromaty, kofeina oraz kwas askorbinowy.

A teraz najważniejsze, czyli smak: oczywiście najlepiej smakuje schłodzony, a takiego niestety z racji braku lodówek w Lidlu nie zakupimy. Mnie osobiście (jak i moim znajomym) do złudzenia przypominał Cherry Coke - a więc znany produkt Coca Cola Company. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że nawet... jest lepszy! Można wyczuć delikatną, jakby właśnie wiśniową nutkę, która świetnie komponuje się ze słodkim, aczkolwiek nie mdłym smakiem. Ja osobiście nawet po wypiciu połowy butelki nie czuję "zamułki", którą często powodują napoje bardzo słodkie.

W mojej opinii jest to napój godny polecenia. Posiada zarówno zalety cenowe, jak i smakowe. A czego chcieć więcej od napoju? Są oczywiście pewne minusy całości, niemniej jednak nie zmieniają one mojej jak najbardziej pozytywnej opinii o PeppColi.